Ciekawość omal nie zabiła kota, czyli prędzej rękę sobie utnę niż sięgnę po tom trzeci. 70 stron zastanawiania się nad tym, co robić jako pirat. 100 stron prób opchnięcia zrabowanych precjozów. 100 stron rozglądania się po galaktyce za utraconym statkiem pewnej piratki. 50 stron obławy. 50 stron aneksów. A wszystko – oczywiście prócz aneksów, z których ciekawe jest jedynie uszeregowanie płodów umysłu Resnicka wedle wewnętrznej chronologii – oparte na rozdętych do nieprzytomności dialogach, załatwiających wedle autora i psychologię postaci, i akcję, i intrygę za jednym zamachem. I to dialogach do bólu sztampowych, niby-dowcipnych i niby-ciętych. Ciągle ktoś komuś niechętnie przyznaje rację, zgadza się z argumentacją, zostaje przekonany, zastanawia się nad usłyszanymi słowami albo uznaje, że czyjeś słowa „brzmią nieźle”. Wszyscy są dla wszystkich ujmująco grzeczni, nikt nie podnosi głosu, najzagorzalsi wrogowie uprzejmie wymieniają uwagi przez komunikator, a do tego główny bohater ciągle jest komplementowany jako wyjątkowo inteligentny, przebiegły, wspaniały dowódca. Obrzydzenie bierze od tego lukru. Zwłaszcza że obok tego wszyscy załoganci zachowują się jak opóźnione w rozwoju dzieci, którym trzeba tłumaczyć nawet najprostsze czynności.
A to dopiero tom drugi tej nad wyraz wodnistej sagi. W następnym – sądząc z tytułu – ekipa przećwiczy życie najemników, a w kolejnych dwóch otwarcie wystąpi przeciw Republice, wyciągając rękę po najwyższą władzę. Gdyby ścisnąć ten pięcioksiąg i wytrząsnąć z niego watę i styropian, zostałaby może jedna, niegruba książeczka. No ale na jednej książeczce nie zarobi przecież ani autor, ani wydawca – ichniejszy czy nasz. A że czytelnik zostanie nabity w butelkę? A kto by tam żałował frajera…
( Esensja.pl )