Och, jakie to mi było potrzebne! Idealna lektura na łożu śmierci, żeby człowiek miał poczucie, że zaznał przed odejściem w niebyt odrobiny luksusu 😉
W końcu bohaterami tego kryminału jest francuska arystokracja: z zameczkami, wypasionymi furami, designerskimi ciuchami, wyszukanymi potrawami. Chociaż trochę mnie to bawiło, bo obrazki z życia wyższych sfer to dla mnie mniej więcej jak opowieść o mieszkańcach Marsa, przyjemnie było zanurzyć się w zupełnie innym świecie.
Za to za osobami dystyngowanymi idą też inne rzeczy, np. kultura osobista przekładająca się na język bohaterów. Naprawdę z przyjemnością czyta się dialogi bez wulgaryzmów i próby naśladowania gangsterskich filmów (miła odmiana po Kuźmińskich, nie powiem). Wszystko jest tu bardzo eleganckie, nawet opisy morderstw, bez żadnych krwawych szczegółów.
Co oczywiście nie oznacza, że ci eleganccy ludzie są bez skazy i nie mają warstwy brudu pod pudrem i perfumami.
Tytułowa parka to sędzia śledczy Antoine Verlaque - palący kubańskie cygara, bardzo wymagający pod względem jedzenia i picia, a także przestrzegania zasad etykiety, nie umiejący się przed nikim otworzyć snob, który jednocześnie jest bardzo inteligentny i super czarujący, błyskawicznie uwodzi nie tylko kobiety, ale i mężczyzn; i Marine Bonnet - profesorka prawa na uniwersytecie, mądra, lubiana, aktywna, miła, dobra i atrakcyjna, beznadziejnie zakochana w Verlaque’u. Byli kiedyś parą i to bardzo szczęśliwą, kiedy jednak Marine próbowała za bardzo zbliżyć się do sędziego, ten wystraszył się i uciekł bez wyjaśnień. Teraz ich drogi splatają się w śledztwie, które on prowadzi, a ona jest z nim związana przeszłością. Oczywiście jest to okazja do tego aby uczucie odżyło i chodź nie jest lekko, to chyba coś z tego wychodzi, skoro seria ma kolejne 7 tomów.
Chociaż warstwa obyczajowa zajmuje w tym kryminale więcej miejsca niż lubię, nie przeszkadzało mi to tak bardzo, bo zagadka jest fajnie skonstruowana, i płaszczyzna kryminalna płynnie się z nią przeplata. Intryga zaczyna się od jednego pokoju, ale potem zaskakująco rozszerza, jest sporo sekretów i mylenia tropów. Bardzo długo nie domyślałam się rozwiązania.
Na koniec jeszcze tło powieści, które dla mnie jest prawdziwą wisienką na torcie. Autorka to amerykanka, która w 1996 roku wyemigrowała do Aix-en-Provence i zakochała się w tym miejscu, a także francuskim stylu bycia. I to czuć na kartach książki. Mamy tu przepiękne opisy Prowansji, krajobrazów, roślin, promienie słońca, można poczuć wakacje. Mnóstwo smaków - kuchnia odgrywa tu ważną rolę, chociaż nie jest to kuchnia wegetariańska, nie czułam żadnego niesmaku. I wino. Opisy winnic, szczepów, roczników, aromatów… Chociaż nie piję od lat, a wino nie było moim ulubionym trunkiem, rozbudziły moją wyobraźnię. Trochę nie mieści mi się w głowie, że po jednym łyku napoju ludzkie kubki smakowe są w stanie wychwycić i zidentyfikować tak zróżnicowany bukiet wrażeń.
To jest dobry kryminał w starym stylu. Podczas lektury cały czas myślałam o moim ulubionym serialu sprzed lat „Morderstwa w Midsomer”, jest tu bardzo podobny nastrój. Niech świadectwem jak mi w tej Prowansji dobrze będzie fakt, że po skończeniu „Śmierci w…” musiałam sięgnąć po kolejny tom z serii.