Rycerz, Czarodziej i Geniusz – Gene Wolfe i jego Arcydzieło
Gene Wolfe to pisarz, który nie bawi się w proste opowiadanie historii – on je wykuwa, niczym mityczni bogowie kują losy świata. W świecie fantasy istnieją książki, które się czyta, książki, które się podziwia, i książki, które sprawiają, że wszystkie inne wydają się zbędne. Czarnoksiężnik to właśnie ta ostatnia kategoria.
To opowieść o rycerskości, hierarchii i obowiązku, napisana tak, że wymaga nie tylko czytania, ale i myślenia, interpretowania, odkrywania jej warstw. Wolfe bawi się narracją, językiem i strukturą fabularną w sposób, który może doprowadzić do szaleństwa – ale jest to piękne, literackie szaleństwo.
Nie jest to książka łatwa. Nie jest to książka dla każdego. Ale jeśli chcesz przeczytać coś, co zmieni twoje postrzeganie fantasy, coś, co łączy literacką elegancję z mitologiczną głębią, to jesteś we właściwym miejscu. Mam wrażenie, że ta dylogia jest jeszcze bardziej nie dla każdego jak księga nowego słońca. Jest po prostu kurwa tak nieszablonowana i tak zawiła, że pewnie masie osób będzie wydawać się nudna czy właśnie szablonowa.
Czas to iluzja, a bohater to mit
Zapomnijcie o tradycyjnej narracji, w której rzeczy następują po sobie w prostym łańcuchu przyczynowo-skutkowym. Wolfe nie schodzi na tak prymitywne poziomy. Czarnoksiężnik to historia, w której czas nie tyle płynie, co ulega rekonstrukcji na oczach czytelnika. Główny bohater, Able, nie przeżywa klasycznego „hero’s journey” – on umiera i wraca jako archetyp rycerskiej doskonałości, by przewartościować znaczenie samego pojęcia honoru, władzy i obowiązku.
Nie ma tu wędrowania przez świat w poszukiwaniu magicznych artefaktów – Able sam jest artefaktem, istotą, której obecność zmienia rzeczywistość. Jego celem jest rozmowa z Królem Arnthurem (który, oczywiście, jest odbiciem Króla Artura, ale w duchu metafizycznym), a cała historia to jeden wielki traktat o powinności i hierarchii.
A to nie wszystko! W połowie książki Wolfe mówi sobie: „A teraz zrobię coś, czego żaden inny pisarz by się nie odważył” – i dodaje drugą heroiczną podróż, równoległą do tej Able’a, którą odbywa młody Toug. Ale Toug nie ma nadludzkich zdolności. On jest zwykłym człowiekiem, a jednak jego historia jest równie poruszająca, bo pokazuje, że rycerz nie jest zbroją ani mieczem – jest wyborem.
A potem mamy Sir Svona, postać z pozoru irytującą, ale wspaniale rozwijającą się na kartach książki. Wolfe bierze klasyczny motyw „aroganckiego ucznia” i przeprowadza go przez przemianę, która zawstydziłaby nawet najlepszych pisarzy, sprawiając, że pod koniec mamy do czynienia z jednym z najlepszych przykładów rycerskiej ewolucji w literaturze.
Ostatecznie cała ta wielka epopeja prowadzi do jednego punktu – rozmowy Able’a z Królem. I w tym momencie książka osiąga swój szczyt. To nie tylko zakończenie, to eksplozja znaczenia, która zmusza czytelnika do natychmiastowego rozpoczęcia lektury od nowa.
Kiedy mit staje się prawem – jak Wolfe buduje swoje uniwersum?
Jeśli ktokolwiek sądzi, że zna dobre światy fantasy, niech rzuci okiem na to, co Wolfe robi tutaj. Jego kosmologia składa się z warstw istnienia. Nie ma tu jednak prostej relacji „świat ludzi – świat bogów”. Wszystkie te poziomy egzystencji odbijają się wzajemnie jak lustra, a bohaterowie przenikają je, gubiąc poczucie rzeczywistości.
A sposób, w jaki Wolfe oddaje te krainy? To nie jest opisywanie – to malowanie słowami, gdzie zamiast zdań dostajemy pociągnięcia pędzla, z których wyłania się obraz tak realistyczny, że można go niemal dotknąć.
Ufać narratorowi? Nie w tej książce!
Kiedy inni pisarze tworzą narrację, Wolfe tworzy językowy labirynt, w którym każde zdanie może mieć ukryte znaczenie. Oczywiście, nie byłby sobą, gdyby nie zastosował swojego ulubionego chwytu – narratora, któremu nie można ufać.
Able mówi prawdę, ale czy to cała prawda? Czytelnik nieustannie balansuje na granicy pewności i domysłów. Wolfe kocha tę grę i prowadzi ją po mistrzowsku. Niektórzy mogą czuć frustrację, że narrator nie podaje wszystkich informacji wprost, ale właśnie na tym polega magia tej książki – życie nie podaje nam wszystkiego na tacy, więc dlaczego miałaby to robić literatura?
Dialogi? To nie rozmowy – to pojedynek na słowa. Każda wymiana zdań to szermierka, w której bohaterowie wymieniają się ciętymi ripostami i ukrytymi znaczeniami. Czytelnik musi być uważny, bo tu wszystko ma znaczenie.
Chaos czy mistrzostwo?
Można zarzucić książce, że niektóre fragmenty są rozwleczone – zwłaszcza te dotyczące krainy gigantów. Można narzekać, że bitwy są opisane pobieżnie, a narrator ukrywa kluczowe informacje. Ale czy to naprawdę wady?
Wolfe celowo zmienia konwencję, nie daje czytelnikowi satysfakcji łatwych odpowiedzi. To nie książka dla tych, którzy oczekują prostego eskapizmu. To literatura dla tych, którzy chcą zmagać się z tekstem, myśleć, analizować.
Jeśli ktoś spodziewa się klasycznej historii fantasy, w której bohater dostaje miecz i idzie pokonać złego lorda, lepiej niech zostanie przy Tolkienie. Wolfe nie ma czasu na takie schematy.
Moje słów kilka do świata
Tak szczerze, całkowicie rozumiem miłość do klasycznej fantasy. Nie będę ukrywał – sam ją lubię. Ale mam z nią ten sam problem, co z grami wideo. Tolkien jest jak Rogue, a Sanderson to odpowiednik Hadesa – świetnie wykonane, dopracowane technicznie, pełne kunsztu. I jasne, lubię te gry, tak jak lubię klasyczne książki fantasy.
Tylko że spędziłem przy nich już za dużo czasu. Tak samo jak w grach, tak i w fantasy szukam czegoś innego. Nie chcę już kolejnych perfekcyjnie wyprodukowanych, ale przewidywalnych historii. Szukam perełek – książek, które eksperymentują, które są wyjątkowe, które wywracają gatunek na lewą stronę. Tak jak w grach bardziej cieszą mnie Megaloot, Monster Train, Endless Dungeon, Wildermyth czy Into the Breach, zamiast kolejnej, choć doskonałej, iteracji znanych schematów.
I właśnie o to chodzi – wszyscy zaczynaliśmy od Tolkiena tak jak wszyscy zaczeliśmy od rouga, ale czas najwyższy zostawić tego dziadka za sobą. Fantasy to gatunek, który można i trzeba rozwijać. Bawmy się nim, eksperymentujmy, doceniajmy twórczą zabawę, zamiast tworzyć kolejne rzemieślnicze, standaryzowane papki.
Podsumowanie
Czarnoksiężnik to nie jest zwykła powieść fantasy. To jeden z największych literackich eksperymentów w obrębie gatunku. To książka, która wymaga od czytelnika wysiłku, ale w zamian oferuje coś, czego większość literatury fantasy nie daje.
To opowieść o honorze, obowiązku i przeznaczeniu, ale również o tym, co ukrywamy przed samymi sobą. Jest w niej coś pierwotnego i mistycznego, coś, co sprawia, że po jej przeczytaniu patrzymy na inne książki fantasy z pewnym niedosytem. 10/10