Nie będę zbyt obiektywny w swej ocenie. Lokalny patriotyzm i uwielbienie dla starych „warsiaskich” klimatów przesądza sprawę. Książka jest klawa i jeśli komuś do gustu trafiły książki Grzesiuka czy „Dobry” Łysiaka powinien być kontent z lektury.
Fabuła nie jest zbyt wyszukana. Z posłowia dowiadujemy się, że żywot swój ów historia rozpoczęła jako scenariusz serialu historycznego, który miał być naszą odpowiedzią na zagraniczne hity takie jak: „Broadwalk Empire” czy „Peaky Blinders”. Serial jednak nie powstał (Chciałbym, żeby takie HBO czy C+ się jednak porwali na coś takiego) lecz Kalinowski postanowił dokończyć historię.
Skoro scenariusz miał konkurować z wyżej wymienionymi tytułami, możemy domniemywać w jakim kierunku zmierza ta opowieść. I muszę przyznać, że skojarzenia z „Peaky Blinders” są jak najbardziej na miejscu. Mamy tu półświatek. Doliniarzy, kasiarzy, lipkarzy, żydów jak i świat polityki, wojny czy wyższych sfer. Główny bohater przez wszystkie strony powieści balansuje pomiędzy tymi światami szukając miejsca dla siebie. Dzięki temu mamy wgląd w życia warszawiaków w czasie prosperity, wojny czy podnoszenia się z kolan po zaborach.
Osobiście jestem zachwycony stylem w jakim utrzymane są dialogi chłopaków z ferajny. To co dla mnie jest zaletą, ze względu na miejsce urodzenia dla innych może być wadą. Zwłaszcza stosunek mieszkańców Woli czy Czerniakowa do przyjezdnych. Przez to nie dziwią mnie bardzo niskie oceny.
Moja ocena jest trochę na zachętę. Jako, że jest to debiut beletrystyczny to spodziewałem się niedociągnięć. Mimo to mam nadzieję, że bardzo szybko dane mi będzie przeczytać dalsze losy bohaterów.
Z plusów, poza stylizowaną „warsiawską” mową i łotrzykowsko-heroicznym klimatem można wymienić ciekawe wydarzenia historyczne, które nie każdy zna, jak szturm tramwajowy na Kijów czy zdobycie wzgórza przez Broniewskiego. Ciekawym wtrętem są nawiązania do dzisiejszych czasów. Niejaki Joahim Smuda, „który mówił niezrozumiałymi dla innych odmianami polskiego” czy zespół śledczy policji – Sznuk, Pijanowski i Strasburger – z czego ten ostatni sypał „czerstwiakami” jak z rękawa. Takich oczek puszczanych do czytelnika jest tu bez liku.
Jestem świadom, że przemówiły do mnie „wodotryski”. Z premedytacją odpuszczam autorowi potknięcia i daje kolejną szansę. Mam nadzieję, że z książki na książkę będzie coraz lepiej.
Polecam warszawiakom jak i ludziom, którzy ją lubią.
Jeżeli zaś za stolicą nie przepadasz- odradzam, szkoda czasu i nerwów.