Jak pewnie wiecie, jestem wielkim fanem prozy Kazuo Ishiguro – i choć "Diabły i święci” to zupełnie inna historia niż "Nie opuszczaj mnie", nie sposób nie dostrzec pewnego pokrewieństwa. Obie powieści opowiadają o samotności, o poszukiwaniu sensu i bliskości w świecie, który często odwraca wzrok. U Andrei jest jednak bardziej przyziemnie, bardziej emocjonalnie, i właśnie to uważam za ogromny atut.
Mam szczególną wrażliwość na tematy wykluczenia, gnębienia, na ten cichy, codzienny "gwałt na istnieniu" – kiedy czyjaś egzystencja zostaje zdeptana niczym niedopałek na bruku, a na podeszwie buta wymalowane są: "posłuszeństwo", "pokora", "grzeczność", "skrucha". Mam dość. Dość tłumienia siebie, dostosowywania się, układania pod cudze zasady. Dlatego tak bardzo empatyzowałem z Joe – głównym bohaterem – który próbuje się wyrwać z opresyjnego systemu i rozpocząć życie po swojemu, z dala od sierocińca, w którym go poniekąd uwięziono, kiedy stracił rodziców.
Poznajemy go, gdy gra na fortepianach w przestrzeniach publicznych – w różnych miastach, na różnych dworcach. Czeka. Czeka na tę jedną osobę, którą kiedyś zawiódł. Albo może to ona zawiodła jego? Kiedyś powiedziała, że rozpozna go wszędzie, więc Joe gra. Gra i modli się, by jego muzyka dotarła do jej uszu. Już od pierwszych stron czuć ogromną czułość tej historii – "Diabły i święci" to historia nasycona wrażliwością, pełna detali, gestów, chwil, które w innych książkach może przemknęłyby niezauważone.
To nie jest długa opowieść. Nie daje spektakularnego katharsis. Ale jest jak dobrze przyrządzony posiłek – prosty, ale intensywny w smaku. Mam wrażenie, jeszcze długo zostanie w moim sercu. Mam do niej osobistą słabość, bo gama emocji, jakie we mnie wywołała, była szeroka i żywa. A nad wszystkim unosił się gniew... i nadzieja. Nadzieja, że Joe i jego przyjaciele zaznają ukojenia. Że znajdą swoje miejsce.
Bo ja chyba też tego szukam.
Ach… Polecam. Serdecznie. Po prostu polecam.