„Dżozef” Jakuba Małeckiego to intrygujące połączenie realizmu magicznego z powieścią dresiarską. Grzesio Bednar, absolwent szkoły zawodowej na warszawskiej Pradze, spotyka na swej drodze „złych ludzi”, którzy łamią mu nos i zabierają telefon. Na domiar złego napuchnięta twarz chłopaka nie podoba się pracodawcy, a dziewczyna nie potrafi zrozumieć, jak można było do niej zaraz po wypadku… nie zadzwonić. Bednar trafia do szpitala. W sali poznaje trójkę mężczyzn, przekraczających smugę cienia. „Kurz” to rzutki biznesmen, „Maruda” jest wiadomo jaki, a „Czwarty” okazuje się bibliofilem i dziwakiem – czyta bez opamiętania książki Josepha Conrada, a kiedy zaczyna gorączkować, dyktuje Grzesiowi tajemniczą opowieść. Wkrótce szpitalna rzeczywistość zaczyna przypominać świat z koszmaru klaustrofobika. Czyżby demony z majaków „Czwartego"? „Dżozef” to pozornie lekka, wakacyjna pocztówka ze szpitala na peryferiach, którą wypełniają męskie Polaków rozmowy. Autor nie szczędzi czytelnikom blokerskich dosadności, często dorzucając szczyptę sarkazmu. Jednocześnie pokazuje, jak literatura przechodzi w rzeczywistość, a bułhakowski Mistrz radzi sobie na Czarodziejskiej Górze XXI wieku.
Pisarz, autor książek: Błędy (2008), Przemytnik cudu (2008), Zaksięgowani (2009), Dżozef (2011), W odbiciu (2011), Odwrotniak (2013) i Dygot (2015).
Napisał rownież kilkanaście opowiadań ogłoszonych w prasie i w antologiach. Przełożył z języka angielskiego wiele pozycji, między innymi Brudne wojny Jeremy’ego Scahilla, Paryż wyzwolony Antony’ego Beevora, Moją prawdę Mike’a Tysona i zbiór korespondencji pod tytułem Listy niezapomniane. Publikował w „Newsweeku”, „Polityce”, Angorze”, „Znaku”, „Nowej Fantastyce” i „Tygodniku Powszechnym”.
Laureat nagrody Śląkfa w kategorii „Twórca roku”, dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Za przekład książki Listy niezapomniane na język polski zdobył Nagrodę Literacką Miesięcznika KSIĄŻKI. Za powieść Dygot nominowany był do Nagrody Literackiej Europy Środkowej Angelus i Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego. Mieszka w Warszawie, z żoną Martą i zwierzętami.
„Dżozef” jako brawurowe połączenie powieści dresiarskiej, powieści grozy i prozy wysokiej to ryzykowna, niemal wybuchowa mieszanka, a kiedy dodamy szczyptę Josepha Conrada, któremu Jakub Małecki składa tu hołd, to aż trudno oderwać od „Dżozefa” wzrok, trudno oderwać myśli. Przez powieść przewijają się dosłowne cytaty i metaforyczne nawiązania do „Tajfunu”, „Smugi cienia”, „Jądra ciemności”, „Szaleństwa Almayera”, „Lorda Jima” i innych, ale głosem przewodnim opowieści jest Jakub Małecki, którego tak dobrze znamy z jego ostatnich dzieł, a którego tak cenimy i uwielbiamy. Z łatwością można dostrzec, że „Dżozefa”, który pierwotnie został wydany w 2011 roku, już wtedy wyróżniały tak charakterystyczne pisarskie motywy jak dorastanie na polskiej wsi, chłopięce tajemnice dzieciństwa, poświęcenie i wreszcie nieuchronność śmierci. Śmierci, której boją się nawet same demony.
Po nieoficjalnej trylogii na jaką złożyły się „Dygot”, „Ślady” i „Rdza” nie spodziewałam się, że Jakub Małecki znów trafi w samo sedno, a jednak. „Dżozef” bawi, przeraża, ale nade wszystko wzrusza, bo na końcu, kiedy niebo znów przybiera odcień błękitu, horyzont rozjaśnia się, a morze uspokaja przypomina, by spojrzeć odważnie w dal i pamiętać, że:
„Ważne jest to, co każdego dnia, a nie to, co w jednej, wyjątkowej chwili.”
Nie wiem, czy to najlepsza książka Małeckiego, ale zdecydowanie najbardziej moja. Niesamowicie się w niej odnalazłam. Jestem tak zachwycona, że brak mi słów.
Realizm magiczny, humor i tak umiejętnie przeplatające się ze sobą linie czasowe... Ah, jakie to było dobre i jakie prawdziwe, a te symboliczne wydźwięki - rewelacja!
Zażenowanie. To odczucie towarzyszyło mi niemal cały czas podczas lektury. Byłam zażenowana warsztatem autora, amatorszczyzną, która udaje prawdziwą literaturę, naiwnością, sztucznością, wtórnością zarówno języka, stylu, pomysłów fabularnych jak i tak zwanego morału i przesłania całości, a już zwłaszcza morałem podanym na zakończenie na tacy (myślę, że nawet jeśli komuś spodobała się całość, to na samym finale musiał jęknąć z bólu). Czytając streszczenie powieści można by nawet pomyśleć: hej, niezły pomysł, ciekawe, jak autor go rozwinie. Tylko że pomysł, moim zdaniem, przerósł autora i jego umiejętności. Bogata - no, powiedzmy... - wyobraźnia i wrażliwość to za mało, trzeba jeszcze umieć pisać. Ale jeśli ktoś potrafi posługiwać się wyłącznie kalkami z innych (tanich!) powieści, stylistycznie jest na poziomie dobrego ucznia liceum, a na dodatek widać, że gubi się w tym, co sam wymyślił (a wymyślił i upchnął w jednej książce dużo, oj dużo) to nic z tego nie wyjdzie. Dwie uwagi: gdybym zawczasu doczytała, że autor był nominowany do Nagrody Zajdla, to nigdy bym po to nie sięgnęła (owszem, z grubsza mam w poważaniu twórców fantastyki) oraz: koniecznie muszę sięgnąć po najnowszą powieść Małeckiego. Bo jeśli ktoś faktycznie w pięć lat rozwinął się aż tak - przecież wszyscy pieją z zachwytu nad "Dygotem" - to musiał nastąpić jakiś cud.
Mimo, że powieść wciągnęła mnie od samego początku, to raczej była to kwestia humoru i stylu pisania, niż samych wydarzeń. Akcja rozkręciła się i zaciekawiła mnie dopiero w połowie. Bardzo spodobało mi się jak autor zestawia ze sobą bohaterów z kompletnie różnych środowisk. Historia niesie za sobą również wartościowy przekaz, skłaniający czytelnika do zastanowienia się nad swoim życiem.
Nie polecałabym jednak "Dżozefa" na pierwsze spotkanie z twórczością Jakuba Małeckiego, raczej jako kolejna lektura dla osoby, która już wcześniej miała styczność ze stylem pisania autora.
Bardzo pozytywnie się zaskoczyłam. Mimo tego dziwnego lęku, który towarzyszył mi przez strony tej powieści, ostatecznie skończyłam ją ze wzruszeniem i spokojem.
To była dziwna, ale ciekawa lektura. Ma w sobie tak dobrze znane motywy z pozostałych książek Małeckiego, ale jest tu też parę elementów fantastycznych. Jak dla mnie zakończenie nadało sens tej historii. Warto przeczytać!
Nie jest tajemnicą, że ja za prozą Kuby Małeckiego przepadam i że po prostu uwielbiam styl i język tego autora, a takze jego kreowanie realizmu magicznego w powieściach. Nie inaczej było z "Dżozefem", którego treść i symbolika zachwycają, ale również skłaniają do głębszych przemyśleń. To opowieść o straconym życiu, o tzw. "Życiu-nieżyciu", o ludzkich lękach i przewrotności naszego losu. Po raz kolejny w prozie Kuby możemy odnaleźć obrazy polskiej wsi i ich konfrontacje z życiem w wielkim mieście. Jeżeli jeszcze jakimś cudem nie czytaliście książek tego autora to serdecznie Wam polecam wszystkie tytuły Kuby. A ja już niedługo mam zamiar sięgnąć po jego najnowszą powieść, czyli "Nikt nie idzie" i przeczuwam że będzie to prawdziwa wisieńka na tym literackim torcie! ;)
Uwielbiam wrażliwość Małeckiego. Drugie spotkanie z nim (tym razem chyba jeszcze lepsze) i znów nie rozczarował. Powieść bardzo wyjątkowa, podoba mi się pomysł na fabułę, no i przede wszystkim wątek choroby psychicznej. Oprócz tego jestem fanką stylizacji, jakich dokonuje w tekstach Małecki - oddaje językową rzeczywistość swoich postaci. Kiedy wybiera bohatera-dresiarza, próbuje oddać nie tylko jego świat zewnętrzny, ale także wewnętrzny. I wychodzi mu to rewelacyjnie.
No niestety, tutaj nie było tak kolorowo jak w przypadku poprzednich powieści Małeckiego które czytałam (Horyzont, Rdza, Saturnin). Pierwsza połowa była dla mnie dość kiepska. Niby poznajemy bohaterów, zostajemy wprowadzeni w ich historie, ale to takie wszystko i nic. Druga połowa jest o wiele lepsza. Wkraczamy tam na ciekawsze tory zarówno samej historii jak i opowieści w niej zawartej. Jest to książka zdecydowanie nietypowa jak na tego autora. Trudno ją porównać do jakiejkolwiek innej. Niestety widziałam tez sporo różnic warsztatowych porównując jego utwory. (Ale to bardziej informacja niż zarzut bo to oczywiście naturalne że od 2011 do 2020 roku autor zrobił progres). Nie powiem, że mi się nie podobała. Była po prostu okej. Doceniam pomysł, troszeczkę mniej jego realizacje. Wydźwięk jest dość ciekawy a zakończenie dobrze „spina” historię. • Na pewno nie polecam na początek przygody z Jakubem Małeckim bo myślę, że można się zniechęcić. Cieszę się, że zabrałam się za jego książki akurat w tej kolejności ☺️ Na pewno przeczytam jeszcze inne pozycje.
Po raz piąty sięgnęłam po książkę Małeckiego i długi czas myślałam, że będzie to moja ulubiona powieść tego autora. Dziwaczny klimat, intrygująca historia, ciekawie prowadzona narracja, interesujący bohaterowie - wszystko na duży plus. Do samego końca kibicowałam postaciom i zastanawiałam się, w jaką stronę pójdą ich losy.
"Dżozef" to na pewno tytuł zupełnie inny od reszty twórczości Małeckiego. Natomiast w moim odczuciu jest tu za dużo realizmu magicznego, za którym nie przepadam, bo jestem jednak fanką realistycznych opowieści. Wiem, że pisarz lubi iść w tę mniej zdroworozsądkową stronę i to akceptuję, jednak tutaj zabrakło mi lepszego wyjaśnienia całej zaistniałej sytuacji, która była aż nadto irracjonalna.
Grzesiek Bednar, dresiarz, budzi się na ulicy ze złamanym nosem i złe zrastanie się chrząstek powoduje, że mężczyzna trafia do szpitala. Na sali poznaje Kurza, Marudę oraz Czwartego, który z olbrzymią miłością czyta książki Josepha Conrada. I to właśnie wizje wykreowane przez Conrada są pretekstem oraz motorem napędowym dla tej książki. Kiedy Czwarty miał gorszy dzień to zaczął opowiadać Grzesiowi pewną historię, a ona uruchamia coś co dla osób twardo stąpających po ziemii jest trudne do wytłumaczenia.
Historia Stasia Baryłczaka oraz zrobionego przez niego Kozła jest historią, która jest nam dozowana. Historia Grzesia przeplata się z historią Stasia i czekałam na tę drugą z dużą niecierpliwością. Drewniany Kozioł stał się najgorszym koszmarem chłopca. Jednak Staś odnalazł mały sposób, żeby Kozioł nie nękał go non stop, ale czy to było finalnie dobre rozwiązanie? To trzeba samemu sprawdzić. Tak przy okazji warto zwrócić uwagę jak świat dresiarza zaczął się niewytłumaczalnie zmieniać, od kiedy została poruszona historia Baryłczaka.
Nie ukrywam, że trochę urzekła mnie postać Czwartego. To osoba, która w książkach widzi sens swojego życia i nie chodzi tylko o to, że odnajduje w nich ratunek przed Kozłem. Gdy mu smutno, źle, monotonnie, samotnie to on odkrywa wszystko co pozytywne właśnie w powieściach Josepha Conrada. Myślę, że wielu moli książkowych ma coś takiego i przejawia podobne cechy.
Jestem już po lekturze "Dygotu", a "Dżozef" to moja druga styczność z autorem. Gdzieś mi mignęło, że ta pozycja jest takim początkiem kariery pisarskiej Małeckiego. To czuć. Nie jest to pozycja idealna, nie wszystko jest dopracowane, jedna historia zdecydowanie o wiele bardziej przyciąga niż druga, więc gdzieś zabrakło balansu. Równocześnie widzę, że tę powieść można interpretować na mnóstwo sposobów.
Być może jest to jedna z lepszych książek tego autora, ale nie dla mnie. Pomysł na fabułę był ciekawy, ale chyba warsztat pisarski autora tego nie podźwignął.
4,5; Małecki niezmiennie potrafi zaskoczyć. Ostatnie 3 rozdziały zdecydowanie zrobiły robotę i wzruszyły mnie totalnie. Piękna historia z ciekawym sposobem prowadzenia narracji, a Drewniak myślę że na długo zostanie w mojej głowie. 🫡
Jeśli mielibyście przeczytać jedną książkę w życiu, niech to będzie któraś powieść Małeckiego. Bo to, co on robi swoim stylem z czytelnikami, to majstersztyk. Cudowne i niezwykłe, polecam, bardzo polecam!
Wow, ta książka była... dziwna. Tyle myśli kotłuje mi się w głowie po jej przeczytaniu, nie jestem nawet pewna czy do końca ją rozumiem. Rdzy nie przebija, ale z pewnością daje do myślenia.
„Dżozef” Jakuba Małeckiego to książka, która – mimo interesującego konceptu – nie spełniła moich oczekiwań. Historia chłopca-artysty i jego diabolicznego Kozła, a także równoległa opowieść osadzona w szpitalu, choć pełna ambicji, okazuje się męcząca i nierówna.
Małecki z pewnością potrafi pisać – jego plastyczne opisy i wyczucie stylu są imponujące. Niektóre sceny, jak chociażby piwnica sąsiada-pijaka, zapadają w pamięć. Jednak fabuła szybko traci tempo, a przeskoki czasowe i rozwój wydarzeń w finale mocno zniechęcają. Elementy fantasy, zamiast dodawać głębi, wydaje się zbędnym ciężarem. Ta książka jest po prostu za bardzo w każdym miejscu.
Choć doceniam warsztat autora, sama historia mnie nie poruszyła. „Dżozef” to lektura raczej dla wytrwałych, a nie dla osób szukających lekkiej i angażującej opowieści.
Jakub Małecki jak zawsze nie zawodzi, a zaskakuje! Do "Dżozefa" podchodziłam z dość dużym dystansem, głównie dlatego że twórczość Josepha Conrada była mi znana głównie z lektury "Jądro ciemnosci" którą nie wspominam zbyt miło... Jednak jak dobrze że się za nią zabrałam! Uwielbiam styl pisarski Małeckiego, jego zabiegi i w szczególności zachwycają mnie jego pomysły. W każdej książce znajduje sie tak niecodzienny element, który za każdym razem zostawia we mnie takie uczucie że ja bym nigdy na coś takiego nie wpadła i nigdy się z tym jeszcze nie spotkałam! Bardzo polecam, nawet dla tych którzy (tak jak ja) mają złe wspomnienia z Conradem! 😊
Co tu dużo mówić. Wystarczy chyba powiedzieć, że Małecki Kto zna moją miłość do jego książek ten wie, że nie oceniłabym jej źle. Ale Dżozef należy do topki. Zakończenie było niezwykle budujące i pocieszające. Dla wszystkich osób, które znajdują się w trudnym okresie - pamiętajcie, że w życiu są tylko opowieści