"Are there some places where a priest must not go, some people that must not be touched?"
"It looks brighter on other nights when the barber shop is lit up."
Bardzo cieszyłam się na zapoznanie się z prozą Callaghana, dużo o nim słyszałam przez... cóż, wspólnych przyjaciół, o ile tak można nazwać czytanie opowieści o walce Callaghana i Hemingwaya sędziowanej przez Scotta Fitzgeralda. Trudno było zdobyć dostęp do jakiejkolwiek jego pracy, ale w końcu udało mi się natknąć na "Such Is My Beloved", odstawiłam powieść na spokojniejszy moment i... chyba nie mogłam zrobić sobie lepszego wstępu do twórczości tego autora.
"Such Is My Beloved" opowiada historię młodego katolickiego księdza, często wyrażającego kontrowersyjne opinie, lecz bardzo lubionego przez swoich parafian, który pewnego wieczoru napotyka na swojej drodze dwie dość charyzmatyczne prostytutki; budzą w nim pewne uczucie ciepła, wiary i potrzeby pomocy.
W posłowie przeczytałam, że Callaghan często poruszał w swoich książkach tematy społeczne, i pasuje mi do tej powieści; autor poruszył tu nie tylko temat prostytucji jako zjawiska społecznego, ale naturalnie przeszedł również do problemu rozwarstwienia klasowego społeczeństwa, też trochę do sądownictwa, nowych idei społecznych, małżeństw pomiędzy osobami różnych religii. Przedstawił też bardzo barwnie społeczność miasta - miejsca akcji, przedstawił wiele postaci, które mimo swoich maleńkich ról, wchodziły w ten obraz idealnie jak elementy układanki. Podobał mi się obraz miasta, podobał mi się hotel oświetlony lampami z salonu fryzjerskiego. Podobały mi się rozmowy na schodach rezydencji i w mieszkaniu Charliego. Podobały mi się korytarze hotelu. I bardzo cieszy mnie to, że Callaghan tak porządnie zabrał się w tej powieści za sam wątek moralności; jestem osobą wierzącą, ale osobą wierzącą myślącą, cały czas, mam swoje wątpliwości, a tutaj zostały one zaadresowane, została przedstawiona zmiana myślenia księdza i budząca się w nim krytyka. Momenty w konfesjonale były niesamowite.
Muszę też pochwalić postacie Callaghana, większość z nich była bardzo charyzmatyczna i barwna, wydaje mi się, że autor nie zmarnował w tej książce żadnej istoty ludzkiej?? Najwięcej emocji wzbudzały we mnie postacie księdza Dowlinga, Ronnie, Midge, Lou, Charliego, i bardzo pozytywnie zaskoczył mnie na koniec biskup. Midge i Ronnie - ogromnie poruszające. Max Perkins mówił coś o tym w kontekście "Wielkiego Gatsby'ego" Fitzgeralda, jak... postaci, które autor przedstawia słowami, powinniśmy bez problemu rozpoznać, gdyby stanęły przed nami w życiu. Myślę, że rozpoznałabym dziewczyny. Bardzo się do nich przywiązałam, a ostatnia scena Midge doprowadziła mnie do łez, takich pod kołdrą, późną nocą.
Ta historia ogromnie mnie wciągnęła, wzruszyła i dała mi takie małe poczucie nadziei; a powracający ciągle cytat z "Pieśni nad pieśniami" zrobił mi na koniec coś, co trudno jest mi teraz określić jednym słowem, trochę zbladłam; uderzyło mnie to. Pewnie, że chciałam czegoś więcej od tego zakończenia, ale... to decyzja autora i ją rozumiem. Te zakończenie było... dziwne, ale szczere, doceniam to.
Bardzo podobała mi się ta książka. Może chciałabym, żeby była bardziej rozwinięta, ale dowiedziałam się, że to taki już styl Callaghana, a poza tym to i tak naprawdę świetnie mu wyszło. Czuję się jak najbardziej usatysfakcjonowana.
Proszę, jeśli kiedykolwiek natkniecie się na Morleya Callaghana, dajcie mu szansę, z moją recenzją z tyłu głowy.