Ta niewielka powieść zaczyna się tak - nastolatka Janine spotyka się ze swoimi przyjaciółmi gejami, palą trawkę, gadają, dobrze się bawią. Dziewczyna na lekkim haju czuje, że właśnie w tej chwili ma owulacje. Proponuje więc kolegom zabawę, która kończy się wdmuchnięciem przez słomkę w Janinę zmieszanej spermy chłopaków. A po dziewięciu miesiącach rodzi się Geert.
Brzmi dziwnie? Tak, ale nie zrażajcie się bo to tylko początek historii, dalej jest to już opowieść o Geercie, pięknym umyśle. Chyba nigdzie wprost nie jest napisane, że chłopiec, a potem mężczyzna jest w spektrum autyzmu, ale takie miałam odczucie czytając. Jeśli się mylę to mnie poprawcie. Geert jest więc szczególnym dzieckiem, a potem szczególnym dorosłym. Pracuje w sklepie ze starociami, w którym nawiązuję dziwną więź z przedmiotami. A któregoś dnia wśród różnych bibelotów znajduje skrzypce, które tak go zachwycają, że sam zaczyna tworzyć kopie instrumentu, używając do tego drewna ze starych kanap.
I tutaj się zatrzymam by nie zdradzać za dużo. Zresztą powieść Al Galidi fabułą wcale nie stoi, istotniejszy w niej jest sam język czy klimat. I oczywiście patrzenie na świat oczami osoby neuroatypowej. A znając historię samego autora (dzięki wstępowi tłumaczki Marty Talachy) można tę atypowość rozumieć też jako metaforę życia uchodźcy, tego „innego” w obcym mu kraju. Czy też ogólnie niedopasowania, wykluczenia. Ale jest też szansa, że to tylko moja niepotrzebna nadinterpretacja.
I na koniec, było to po prostu pełne uroku czytanie, bardzo kameralne, spokojne, a miejscami zabawne, ale satysfakcjonujące. Polecam! Ach i książka została wyróżniona Nagrodą Literacką Unii Europejskiej :)