Artur jest hazardzistą – obstawia mecze, „inwestuje” ostatnie pieniądze w kryptowaluty. Choć mieszka w metropolii dość długo, dopiero teraz zauważa, jak szybko się ona rozrasta. Chyba nikt nad tym nie panuje, a wyrastające znikąd ogromne wieżowce budzą lęk i coraz gorsze przeczucia. Niepokój pogłębia pewien wykładowca uniwersytecki, który wieszczy zagładę cywilizacji. Artur nauczył się przez lata, że jeśli ma przeczucie, to musi coś obstawić. Wyjeżdża więc z miasta i desperacko próbuje zostać preppersem – kimś przygotowanym na różne scenariusze, nawet na koniec świata.
Pierwsza książka przeczytana w 2025. Założyłem sobie, że będę czytał więcej polskiej prozy. Żeby tylko była lepsza, niż to.
Największy ubaw miałem z liczenia, ile razy w tekście pojawia się przymiotnik "zajebiście". Reszta była nieznośna. Lubię weird fiction i horror, więc tak jakby na dodatek, książka była nie tylko mierna, ale również - rozczarowująca.
Na plus połączenie uzależnienia od hazardu głównego bohatera - obstawianie wyników meczów na czuja - z przeczuciem na temat zbliżającego się końca świata i tworzenie klaustrofobicznego klimatu w pierwszej połowie. Na minus to, że ta klaustrofobia szybko stała się dosyć nudna. Gdyby książka miała 200 stron to dałbym jedną gwiazdkę, bo wszystko w niej na jedno kopyto. Nie przepadam też za historiami o życiowych przegrywach.
Zacznę od wyrazów podziwu dla klimatu i gatunku — pierwszy raz zetknąłem się z weird fiction, jest to coś niezmiernie fascynującego i wypada to tutaj znakomicie. Po postaci protagonisty można wywnioskować, czym autor się fascynuje. Długie opisy na tematy finansowe czy o filozoficznych eskapistach są ciekawe również dla mnie, jako że jesteśmy z autorem i bohaterem w podobnym wieku, ale zapewne nie będą takie dla każdego. Przydługa w pewnym momencie staje się też sama narracja i wynurzenia bohatera. W dodatku niedookreśloność historii, jakkolwiek sprzyja klimatowi, sprawia że opowieść jest jednak mocno pusta i nie zmieniają tego początkowe prześliczne i nastrojowe opisy dusznej metropolii (jakbym czytał wiersze Trojanowskiego). Obdarcie tekstu z atmosfery ukazuje prostą, klasyczną i liniową w gruncie rzeczy opowieść, niemal horror klasy B. Kiedy czytałem ostatni akt, ni stąd ni zowąd przypomniał mi się „Totenhorn” Truchanowskiego czytany wiele lat temu w porwanym poojcowskim wydaniu. Przypomniał mi się też ostatni akt niedawno czytanego Zbierzchowskiego. Do obu tych dzieł Krukowski w żadnym stopniu nie dorównuje. Wręcz można odnieść wrażenie, że zakończenie zostało napisane byle by książkę zakończyć choćby po łebkach.
„Trzymałem krypto, ponieważ miałem duszę prawdziwego patologicznego hazardzisty, mimo że wszystkie rzeczy na niebie i ziemi próbowały mnie powstrzymać. Trzymałem, ponieważ musiałem trzymać, i może czekałem na jakiś bezpośredni znak od samego Boga, żeby sprzedać. Czasem przychodziły do mnie wiadomości, których starałem się nawet nie wyświetlać. Podobno wiercili już ludzi, a nie tylko małpy. Marcin pytał, czy wciąż mam krypto, a Alicja, czemu nie było mnie na zajęciach od tak dawna.”
„Miałem wrażenie, że trafiłem do innego świata – takiego, który jakoś uchował się obok metropolii, równolegle do niej. Nikt tu nie pasował do tych abstrakcyjnie wielkich przeszklonych obiektów – one zostały gdzieś tam, daleko. Tutaj zajmowano się prawdziwymi rzeczami, czyli na przykład starymi samochodami marki audi.”
„Chciałem kiedyś zostać wynalazcą, potem programistą, potem tłumaczem, potem już tylko pisarzem, a zostałem człowiekiem kiwającym się w przód i w tył.”
Miałem przeczucie (hehe), że to nie będzie książka dla mnie i ostatecznie miałem trochę racji. Świetny klimat postępującego obłędu i kończącego się świata w postpandemicznej rzeczywistości, trochę za dużo o kryptowalutach i bukmacherce. Główny bohater ma za to świetny gust muzyczny, nie spodziewałem się cytatów z Grouper w polskiej literaturze (tak szczerze to w jakiejkolwiek hehe). Będę miał autora na oku.
Miałam przeczucie, że książka Łukasza Krukowskiego średnio mi się sposoba. Ale drodzy moi, jakież to było mylne przeczucie, bo wciągnęłam ją prawie jednym tchem (no dobra, jest króciutka więc to nie był jakiś niewiadomo jaki wyczyn, ale wciąż). Głównym bohaterem jest Artur mieszkający współcześnie w dużym polskim mieście. Mężczyzna ma przeczucia, początkowo dotyczące tego jak obstawić mecz, a potem przeczucie, że zbliża się wojna, zagłada albo inny koniec świata. A wszystko zaczyna się od pęknięcia jego ulubionego termosu do yerba mate. Oczywiście można to wydarzenie odczytać sobie metaforycznie i potraktować to bardziej jak formę jakiegoś kryzysu psychicznego czy egzystencjalnego, który dotknął samotnego faceta bez perspektyw żyjącego w wielkiej metropolii. Zrobicie jak chcecie. Tak, i mamy tu mieszankę yerba mate (nie bójcie się, bez jakiejs warstwy modnej ostatnio duchowości i ceremonii kakao), kryptowalut, hazardu, filozofii i preppersa przygotowującego się do apokalipsy (buduje sobie bunkier!). Oczywiście warto zajrzec głębiej pod tę trochę absurdalną fabułę, ale znów - nie musicie. Wkręciłam się mocno w tę paranoiczną perspektywę bohatera. Im dalej tym robi sie bardziej dziwnie i niepokojąco, a na koniec autor zostawia cię z pytaniem „co tu się k…a właśnie wydarzyło?!”. I chciałabym, mocno bym chciała, żeby ta historia była zdecydowanie dłuższa i to w zasadzie mój główny do niej zarzut. Czytajcie, ale na własną odpowiedzialność.
Ale mnie ta książka zbulwersowała. Końcówka jest bełkotliwa do tego stopnia, że w bardzo złym świetle stawia niezłą resztę powieści. Podobała mi się narastająca paranoja początku i dosyć realistyczne przedstawienie życia wewnętrznego zahukanego studenta w Warszawie (która w tej książce nie zostaje nazwana Warszawą, co moim zdaniem jest jednym z podstawowych błędów). Głównym problemem okazała się redakcja. Gdyby ktoś się na poważnie zabrał za przeredagowanie tej książki, to brak doświadczenia autora i pewna szczeniackość tej publikacji nie raziłaby, a może nawet okazałaby się atutem. Niestety pozwolono by autor robił, co chciał i wyszło… słabo. Momentami zakończenie czytało mi się jak automatyczne pisanie - jakby ktoś wyrzucał z głowy chaotyczne ciągi słów będących luźnym kształtem lęków i obsesji epoki. A naprawdę przyzwoita książka leżała gdzieś tam przed oczami, niemal namacalna… W gorączce pisania ostatnich kilkudziesięciu stron autora musiała jednak unieść toksyczna wena i odleciał w mętne odniesieni do Biblii i apokaliptyczne wizje pozbawione umocowania w rzeczywistości. Krótko mówiąc: zmarnowany potencjał.
Michael Douglas w filmie “Upadek” (1993) doznaje załamania nerwowego podczas postoju w samochodowym korku; kumulacja napięcia u bohatera powieści Handkego, “Strach bramkarza przed jedenastką”, następuje podczas spotkania z kobietą (chociaż pewne symptomy widzieliśmy już wcześniej); natomiast Artur z “Mam przeczucie” przekracza niewidzialna granicę wytrzymałości psychicznej w momencie zbicia termosu. Rozkruszone kawałki szkła walające się wewnątrz naczynia urastają do rangi symbolu tego, co dzieje się w głowie bohatera.
Łukasz Krukowski serwuje nam odprysk tej dobrze znanej tradycji (co moim zdaniem w dużej mierze odpowiada za pozytywny odbiór jego prozy przez krytyków mainstreamowych), w której zaglądamy w głąb pokancerowanej psychiki. Przykłady można mnożyć, od tych wyżej wymienionych aż po utwory Akutagawy, Dazaia, Hawthorne’a, Melville’a, Wallace’a, Machena i wielu, wielu innych. Za każdym razem jednak te próby przedstawienia “wypadnięcia z samego siebie” (Handke) są różne. Abstrahując od stylu, form narracji, sposobu ich przedstawienia etc., jest coś co każdorazowo te historie wyróżnia, mimo tego, że są przecież tzw. evergreenami – będą opowiadane do końca świata i jeden dzień dłużej, ponieważ są nierozerwalne związane z ludzką kondycją i doświadczeniem. Elementem różnicującym “Mam przeczucie” od całej reszty jest tło. Tło na które składa się doświadczenie młodego pokolenia żyjącego w czasach późnego kapitalizmu, okresu w którym nad (pozornym) ekonomicznym dobrobytem krajów rozwiniętych zawisło widmo eskalującej depresji. Przedstawicielem tego pokolenia jest właśnie Artur – przebodźcowany, przytłoczony, zagubiony w świecie miliona możliwości, ale też wieczne zawieszony pomiędzy wciąż migocącymi alternatywami (projektami do zrealizowania!) mającymi doprowadzić do życiowego i finansowego sukcesu. Warunki te są skrajnie nieprzychylne ponieważ tworzą coś na kształt fatamorgany, iluzji złożonej z mnóstwa potencjalności, których ostatecznie albo nie jesteśmy w stanie osiągnąć, albo w drodze do nich wpadamy w spiralę presji i braku stabilizacji, pogarszających tylko nasz dobrostan psychiczny. Stworzenie w tym świcie stabilnej tożsamości jest pracą niemal Syzyfową, tym trudniejszą jeśli dołożymy do tego kontekst społeczny i zaplecze rodzinno-kulturowe, które niezależnie od nas – ale w znacznym stopniu! – warunkują nasze szanse na sukces.
Co pozostaje w takim razie Arturowi przytłoczonemu presją Miasta-Molocha, tej egzemplifikacji bolączek początku XXI wieku, na którego terenie nie ma już miejsca dla racjonalności? Zostaje przeczucie, intuicja, strzał.
Wszystko zaczyna się, gdy Arturowi rozbija się zaparzacz do yerba mate. Małe rozbicie, które spowoduje falę rys na każdym obrazie rzeczywistości. Po co studia, uczciwy zarobek, własne mieszkanie, gdy świat ewidentnie chyli się ku upadkowi? Kolejny wysoki blok zasłania kolejny wysoki blok. Artur, kryptowaluciarz, niespokojny duch, postanawia zostać preppersem. Przeobraża się w narratora budującym dla nas świat pełen narastających absurdów popychających do jeszcze bardziej szalonych decyzji.
Niektórzy użyli słowa „petarda” w odniesieniu do tej książki. Jeśli tak, to we mnie po prostu nie wystrzeliła. Jest to ciekawe, tematyka nowości w literaturze polskiej odbiega w końcu od traum rodzinnych, a wprowadza ludzki strach przed jutrem i jak w tym strachu nie oszaleć. Jednak ja jakoś nie uwierzyłam narratorowi, ciągom absurdów, zwyczajnie do mnie nie przemówiły. Rozumiem ewentualne zachwyty, ale „Mam przeczucie” nie chwyciło mnie za czytelnicze serce.
Bohaterem wspomnianego dzieła jest Artur – hazardzista, „inwestor” kryptowalut, domorosły filozof, paranoik cierpiący na powracające ataki lękowe i człowiek, który trochę cierpienia w swoim młodym życiu już doświadczył. Należy również nadmienić, że jest on studentem. Studia traktuje on jednak dość wybiórczo i tak naprawdę chodzi jedynie na zajęcia prowadzone przez Stanisława Trowskiego (wykładowcę filozofii techniki). Pewnego dnia jego ulubiony nauczyciel oświadcza jednak, że porzuca karierę uniwersytecką i wyjeżdża w przysłowiowe Bieszczady, aby tam w przygotować się na zbliżający się koniec świata. Wizja upadku ludzkości, którą roztacza Trowski, szybko znajduje podatny grunt i mocno udziela się bohaterowi. On również niewiele się zastanawiając, postanawia zostać preppersem (nie mając o tym kompletnie pojęcia i rady czerpiąc z internetu) i przygotować się na nadchodzącą apokalipsę (którą jak twierdzi, sam wyczuwał od bardzo dawna).
Zarys fabuły książki brzmi dość intrygująco i jej początek potrafi mocno zaangażować czytelnika. Wystarczy przeczytać jednak kilkanaście pierwszych stron, aby się przekonać, że nie jest to dawka popkultury dla każdego. Nie mamy tutaj bowiem do czynienia z typowym dziełem z segmentu postapo, dystopii czy dramatu. Autor wykorzystuje niektóre elementy wspomnianych gatunków, lepiąc z nich „nietuzinkowe” weird fiction wyłamujące się z prostego zaszufladkowania gatunkowego.
Przewracając kolejne strony dzieła, towarzyszy nam mocny klimat, pełny niesprecyzowanego napięcia. Z pewnością ma na to bardzo duży wpływ paranoiczne zachowanie głównego bohatera. Całość czyta się dosyć szybko, co nie oznacza jednak, że łatwo. Łukasz Krukowski serwuje tutaj bowiem pozornie proste treści, pod którymi kryje się głębia, którą każdy musi odkryć samemu (na dodatek dowolnie ją interpretując). Niektórych czytelników taki pomysł zachwyci (szczególnie jeśli lubią rozkładać przeczytane dzieła na czynniki pierwsze i dodatkowo długo się zastanawiać nad ich „głębszym” sensem)....
Najpierw Arturowi rozbija się wkład do termosu na yerba mate. Później w wyniku rozmowy z wykładowcą na uczelni rodzi się w nim myśl o zbliżającym się końcu świata. Artur – hazardzista i kryptowaluciarz, nie chce stać obojętnie wobec nadciągającej w jego głowie katastrofy i postanawia zostać preppersem. Niebywały sukces na rynku kryptowalut niewątpliwie pomaga mu rzucić wszystko i wyjechać … na Podlasie.
Artur to młody człowiek, którego życie w ogóle nie rozpieszczało, ale jego dokładny wiek nie jest znany. To, co można napisać z pewnością to fakt, że nie potrafi on odnaleźć się w otaczającym go świecie. Boję się nazwać głównego bohatera Łukasza Krukowskiego przedstawicielem młodego pokolenia, bo sama opowieść nie daje ku temu żadnych przesłanek. Trudno na podstawie lektury uwierzyć, że większość osób wkraczających w dorosłość miała dokładnie takie odczucia jak Artur. Jest jednak w powieści „Mam przeczucie” ciekawe odniesienie obecnego młodego pokolenia do życia w metropolii i niejako rozprawienie się z polskim kapitalizmem, który 20-latków ma po prostu gdzieś. Pod kątem pomysłu na historię na pewno jest to coś nowego i za to należą się autorowi brawa.
Naprawdę sporo w książce Krukowskiego jest o kryptowalutach i preppersach, dlatego każdy, kto zamierza sięgnąć po „Mam przeczucie” musi być tego świadomy. Nie wszystkim bowiem będzie to odpowiadało. Widmo końca świata, patologia życia w metropolii i przerażający strach przed jutrem to wątki, które mnie osobiście podczas lektury ciekawiły najbardziej. W połączeniu z językiem i brakiem określenia miejsca i czasu buduje to klimat całości. Niestety, mix problemów opowiedziany sekwencjami absurdów, wzbogacony w pierwszej części pięknymi opisami duszności metropolii byłby niezwykle ciekawą propozycją, gdyby nie druga połowa. Moim zdaniem mocno przegadana i obfitująca w szczegóły, które niewiele wnoszą. Summa summarum książka z potencjałem, który gdzieś po drodze wyparował.
Artur od lat żyje w metropolii, można by rzec, że na dobre w nią wrósł. Prowadzi dosyć monotonne życie studenckie i jego sposobem na życie jest hazard. Pewnego dnia zauważa, że metropolia, w której mieszka niesamowicie się rozrosła, co wzbudza w nim lęk. Czuje niepokój, wręcz paranoicznie przeczuwa nadchodzącą zagładę. I jak na hazardzistę mającego przeczucie stawia wszystko na jedną kartę, ucieka z miasta i próbuje za wszelką cenę być gotowym na nadchodzącą katastrofę. Co z tego szaleństwa wyniknie?
Nawet nie wiecie, jakie to było niesamowicie wciągające! Autor bez zbędnych opisów potrafi zrobić klimat. Potrafi dosłownie jednym zdaniem postawić wszystko na głowie. Plugawa metropolia, szare blokowiska wyrastające jak grzyby po deszczu, gdzie tylko okiem spojrzeć. Monstrualne budowle, coraz wyższe, coraz mniej przestrzeni i do tego przytłaczająca szara codzienność. Wszechobecny smog. Nocne koszmary. Jest surrealistycznie i paranoicznie.
"To niemożliwe, że istniały takie miejsca. Budynki - jak wklejone. Bezdomni - jak roboty. A jednak były, nie śniłem. Mogłem ich dotknąć."
Autorowi udało się tak poprowadzić historię, że na koniec czytelnik pozostaje z milionem pytań w głowie. Co tu się tak naprawdę wydarzyło? To wszystko niczym niezły odjazd psychodeliczny, między snem a jawą.
Ta historia skłania do zatrzymania się na chwilkę, do refleksji nad tym, do czego prowadzi nieuchronnie nasz obecny szybki, coraz szybszy styl życia?
Mając w pamięci "Układ" czułam, że to będzie świetne i nie myliłam się. Po prostu - niezła schiza. Polecam!
Gdybym miał przeczucie, które nie opuszczało bohatera książki Krukowskiego, wracając do domu wybrałbym inną trasę od tej, którą kierowałem się podświadomie zawsze: okrężną, zahaczającą o trzepak, przy którym to, o każdej porze dnia widuję kilku tęgich, szybkich chłopaczków. Gdybym miał przeczucie, które wrzynało się ostrymi nićmi w świadomość Artura, poczekałbym na gościa, który zaszczał ubiegłej nocy windę w moim bloku, i chciał skonfrontować go w świetle dnia z tym, czym dla świata on faktycznie jest. Gdybym znowu miał przeczucie, jakie świdrowało umysł bohatera i wywracało go na lewą stronę, najpewniej spędzałbym długie noce w "nocnych" jadąc wzdłuż i wszech molocha, czekając aż coś się stanie. Bo przecież zawsze coś może się stać, jeśli tylko ma się przeczucie, prawda? Szczególnie w tej nienaturalnej, chimerycznej fuzji człowieka z pięćdziesięciopiętrowymi gównami z betonu, dumnie obleczonego w jego bezpieczne, gładziowe szaty na swoich paru metrach.
storytime: bylam w empiku i spojrzalam na regal z ksiazkami "uszkodzonymi" (kiedys wylapalam tam fnaf srebrne oczy za 5zl i bylo to najgorzej wydane 5zl w moim zyciu); ta książka byla przeceniona na 12 zł więc uznalam ze skoro okladka jest ladna, opis smieszny to kupie. i oh damn jakie to bylo dobre. moze przesądza o tym moja milosc do dziwnej literatury, moze niesamowicie wykreowany obrzydliwy klimat warszawy zmierzającej do jakiegos blizej nieokreslonego konca; w kazdym razie bylo to ciekawe przeżycie
Trochę mi bohater uciekł gdzieś w połowie lektury i przestałem za nim nadążać. Od początku trudno też go polubić, ale być może takie było założenie? Natomiast to, co mnie tutaj kupiło, to pokazanie uzależnienia w dosyć orginalny sposób i w nie często omawianym kontekście. W 23' można to odczytać w dodatkowym aspekcie. Ekonomiści, geopolitycy itp. niczym nie różnią się od bukmacherów.
byłam bardzo zaangażowana w zgłębianie tej fantastycznej historii (normalnie OG SCHIZOPOSTING warszawiaka ale z instagram stories przeniesiony na karty książki), tyle że zakończenie mnie strasznie zawiodło i jakoś się te wrażenia rozmyły kompletnie…
szczerze to nie spodziewałam się końcówki, wszytsko wskazywało na to, że urojenia bohatera to tylko jego wyobraźnia, coś co siedzi mu w głowie, a jednak się myliłam.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Główny bohater postanawia zostać "prepperem" i uciec przed naciągającą apokalipsą. Dziwna książka, w którą kompletnie nie potrafiłem się wciągnąć. Jest dość krótka, co powinno gwarantować szybkie tempo wydarzeń, ale nawet to nie pomogło. Odradzam.
bohater polskiej powieści kupił sobie krypto. zeits the geist. trochę drażni przerzucanie na narratora autorskich fascynacji muzyczno-literackich (czy kryptobrosi czytają weird fiction?) acz będę obserwować co tam dalej Krukowski wymyśli, na razie 7/10
To opowiadanie, które stylem trochę przypomina Karpowicza „ Ości” . Myśl przewodnią jaką odczytuje w tej książce to ból odnalezienia się w Warszawie przez człowieka, który zaczyna studia i wchodzi w nowe życie. Brakuje mu wsparcia i „traci orientację” życiu, rezygnujac ze studiów, siedząc przed komputerem i szukając sposobów na zarabianie online (reity/ntfy/krypto). Jest to też obraz poczatku pandemii. Książka Nie trafia do mnie, ponieważ nie widzę w tym dla siebie przesłania. Ale może 20 lat młodsi ludzie dużo bardziej podzielają ból bohatera. Ja też w wieku 18 lat przyjechałam do dusznej Warszawy i za każdym razem gdy do niej wracałam po krótkim wyjezdzie, to bolał mnie ze strachu brzuch. Ale zaciskałam zęby. Może dlatego trudno mi się utożsamić z bohaterem. Brawo dla autora że spełnił swoje marzenie i napisał i wydał ksiazke w tak mlodym wieku. trzymam kciuki aby kolejne byly co raz lepsze.