W każdym rozdziale książek tworzących sagę jeden członek rodziny Neshov pełni rolę głównego bohatera. Taka kompozycja fabuły daje coraz większe przybliżenie w sposobie postrzegania przez nich świata, wydarzeń w najbliższym otoczeniu, reakcji na zachowania innych i swoje własne. Język prozy Anne Rigade jest rzeczowy, pozbawiony ozdobników. Można by uznać taki styl za oschły, gdyby nie fakt, że zmiana punktów widzenia kreuje różne odcienie nastroju, a obraz świata Neshovów, oni sami z ich zróżnicowanymi osobowościami i wszystko co się im przydarza stają się nam coraz bliżsi. Perfekcyjna forma scala różnorodne treści: wiejską biedę i ciężką pracę z wielkomiejskim przepychem i twórczym zadowoleniem, rozpacz i bezsilność z radością życia i beztroską, ludzi ze światem zwierząt, piękno z brzydotą, brudem i smrodem, fizyczność życia i śmierci z szukaniem sensu... A styl, pozornie zdystansowany i chłodny, północny, niosący taki ładunek refleksji i emocji rzeczywiście, moim zdaniem, plasuje Anne Rigde wśród wybitnych skandynawskich twórców, nie tylko z grona pisarzy.
Uwaga! Osoby wyczulone na SPOILERY powinny może zaniechać dalszego czytania tej opinii.
Życie dobiegającego pięćdziesiątki Margida jest zaplanowane i zorganizowane w najdrobniejszym szczególe. Metody przygotowania zwłok do pochówku, wyboru odpowiedniej religijnej oprawy i sposobu rozmowy z rodzinami zmarłych opanował w stopniu doskonałym. Jego liczni klienci i zastosowane wobec nich procedury opisane są emocjonalnie neutralnym, technicznym żargonem. Ale Margido zna historie życia i śmierci tych ludzi i jego dobór słów bynajmniej nie przesłania, przeciwnie wzmacnia wrażenie tragicznej nieuchronności ludzkiego przeznaczenia. Jemu samemu być może pomaga wytrwać w wierze w Boga. Jednocześnie sądzę, że inny niż właśnie taki beznamiętny przekaz szczegółów, często bardzo drastycznych, byłby dla czytelnika trudny do zniesienia.
Dziesięć lat młodszy od Margida Elder jest przeciwieństwem brata, bon vivantem i artystą. Uwielbia chwalić się swoimi osiągnięciami w projektowaniu eleganckich wystaw sklepowych. Kocha swojego partnera, z którym od dwunastu lat dzieli stół i łoże w ekskluzywnym kopenhaskim apartamencie. Lubi alkohol i dobre jedzenie, a jego chłopak, Krumme, jest prawdziwym mistrzem rondla i patelni. Przy opisie krajobrazu po przyjęciu, jakie wydali u siebie dla czterdziestu przyjaciół i przygodnych znajomych, można płakać ze śmiechu. Krumme i zaprzyjaźniona para lesbijek, Jytte i Lizzi, przekonali Eldera, że najważniejszym celem życia ich czwórki powinno być rodzicielstwo.
Torunn przejmuje w tym tomie rolę Tora w zapuszczonym gospodarstwie. Jej poczucie odpowiedzialności za samobójczą śmierć ojca wraz z kolejnymi klęskami w życiu osobistym tylko utrudniają codzienną harówę w chlewie i przy zaspokajaniu choćby elementarnych potrzeb 88-letniego Tormoda którego nadal nazywa dziadkiem, choć wiadomo, że ojcem Tora i jego braci nie jest. Gospodarstwo w takiej formie nie przetrwa, co próbuje wyperswadować Torunn młody i zadurzony w niej pomocnik, Kaj Roger. Ale ona, prawomocna dziedziczka, nie jest w stanie podjąć żadnej decyzji. Głucha na pocieszenia i rady wujów, nie podziela ani entuzjastycznych planów Edlera, ani imperatywu Margida do podporządkowania się kolejom losu i obowiązkowi zachowania dziedzictwa Neshovów. Nie skarży się na osamotnienie i brak realnego wsparcia, ale ciężar odpowiedzialności coraz bardziej ją przytłacza, wywołuje jednocześnie rozpacz i wściekłość, na przemian z nastrojami apatii i depresji.
W jakim stopniu przyszłość rodziny Neshovów zależeć będzie od decyzji Torunn, ojcostwa Eldera i stabilności filozofii życiowej Margida, przekonamy się zapewne w kolejnych tomach sagi.