Podczas czytania tej powieści wciąż się zastanawiałam skąd aż tak wysokie oceny. Tak, była poprawnie napisana, z utrzymanym zadowalającym tempem, z wydarzeniami, które mogły zaniepokoić, ale opowiadała o historii porwania, historii jakich wiele. Temat dość oklepany, w którym nic już nie może być innowacyjne. A jednak fabuła zaskoczyła i to bardzo.
Marissa i Peter Irvine wiodą dostatnie życie w Dublinie. Kobieta jedzie do Jenny Kennedy, by odebrać syna od kolegi, którego poszedł odwiedzić. Na miejscu drzwi otwiera obca kobieta, która nie jest matką przyjaciela syna. Marissa w nadziei liczy, że doszło do pomyłki i Milo zaraz się znajdzie. Tak się nie dzieje. Nie nadchodzi też żądanie okupu. Co może być przyczyną uprowadzenia? Czy chłopiec żyje? Dlaczego właśnie Milo znika bez śladu?
Nadal staram się poukładać sobie w głowie wszystkie elementy. Niby mam już pełny obraz, ale szukam luki, błędów faktograficznych, których nie znajduję. Jak już wspomniałam, początkowo książka nie zapowiadała efektu wbicia w fotel. Bohaterowie byli świetnie stworzeni - precyzyjnie, z najwyższą starannością. Choć zaginięcie chłopca każdego dotknęła na swój sposób, to nie było tu użalających się nad swoim losem postaci, których w literaturze szczerze nie znoszę. Starali się być silni, zachować trzeźwość umysłu w obliczu koszmaru, który ich dotknął. Ich uwaga skupiona była na odnalezieniu Milo, na dojściu do prawdy. Sprawca był w kręgu moich podejrzanych, ale na liście było ich więcej, a takiego obrotu spraw nie podejrzewałam nawet przez chwilę. Każdy pozornie błahy szczegół był istotny. Każdy następny epizod fabuły łączył wątki i zmieniał optykę postrzegania wydarzeń.
Również budowa powieści była niesztampowa. Zdawałoby się, że wszystkie znaki na niebie wskazują, że powinna być thrillerem psychologicznym, ale jak na ten gatunek było za mało psychologii, a historia nie powodowała początkowo dreszczyku emocji. Napięcie było budowane systematycznie ujawnianiem nowych tropów i wskazówek, które finalnie doprowadziło do absolutnego zaskoczenia. Zło siedzi w środku i kamufluje się płaszczykiem normalności.
Narratorami powieści są trzy kobiety, do których należą poszczególne rozdziały. Dzięki temu czytelnik ma szerszą perspektywę, ale i to nie naprowadza na tyle, by mógł rozwiązać zawiłą zagadkę.
Powieść jest jedną z lepszych jakie czytałam. Ubolewam, że jest to jedyna książka autorki, która została przełożona na polski.