„Miłość otacza nas całych. Wdziera się do najmniejszego skrawka naszej duszy, zabierając lęk i koszmary, a dając piękne wspomnienia. Lecz gdy później umiera, zabiera ze sobą więcej, niż ofiarowała.”
Na co najczęściej zwracanie uwagę, przed sięgnięciem po konkretną książkę?
Ja zazwyczaj sugeruję się tym, czy zachęci mnie opis. Jeśli jest już to pozycja, która jest na rynku już od jakiegoś czasu, to przeglądam opinie i recenzje. A czasami po prostu kupuje mnie okładka. Tak wiem, nie ocenia się książki po okładce, ale czasami to właśnie ona sprawia, że sięgam po książkę, która „po opisie” by mi umknęła.
„All we have is now” przekonało mnie właśnie za sprawą okładki. Od razu jak ją zobaczyłam, to wiedziałam, że muszę ją mieć.
Niestety, już od początku nie potrafiłam wkręcić się w tę historię. Pierwsze rozdziały zawierały jak dla mnie za dużo niepotrzebnych opisów. Tutaj muszę wspomnieć, że nie jestem fanką długich i dokładnych opisów, bo naprawdę wystrój pokoju nie wnosi zbyt wiele do fabuły. No chyba, że właśnie tego dotyczyłaby historia. Emily chyba ze sto razy powiedziała, że ma wadę wzroku i rozumiem, że było to jej potrzebne, ale chyba przy piątej wzmiance miałam już dość. Dodatkowo trochę ciężko było mi uwierzyć, że dziewczyna aż tak nie widzi, przy takiej wadzie, bo ja mam prawie dwukrotnie większą a bez okularów byłabym w stanie sobie poradzić - co prawda, odbijałabym się od ścian i nabiła milion siniaków, w najgorszym razie zostałabym kaleką, ale nie powtarzałabym ciągle, że nie widzę i że jestem ślepa (chociaż na upartego, przy mojej wadzie mogłabym już powoli tak mówić). Bohaterowie nie potrafili sprawić, że cokolwiek do nich poczułam. Max i Emily są mi obojętni, i w życiu codziennym, byliby tymi osobami, które by były, a ja po prostu bym z nimi nie rozmawiała. Obydwoje zmagali się z trudnościami, które w sobie tłumili, zakładając na twarze tysiące masek. Jednak w tym całym chaosie, którego byli niemal głównymi bohaterami, znaleźli siebie i otworzyli się na tyle, na ile mogli. Czytałam dalej, bo chciałam zobaczyć, jak to wszystko się rozwinie, ale dalej się nie wciągnęłam, a potem przyszło zakończenie i byłam porządnie zaskoczona. I tutaj muszę powiedzieć, że jakbym polubiła się z historią i bohaterami, to byłabym wstrząśnięta i bym zaniemówiła. Także tutaj brawa dla autorki za taki zwrot akcji, bo to było coś.
Jeśli miałabym wybrać postać, która utkwiła mi w pamięci, to byłby to Alan, który odgrywał jak dla mnie wręcz kluczową rolę, bo ustawiał do pionu pozostałych. Powiedziałabym nawet, że był on głosem rozsądku i dobrze, że taka postać była.
Po lekturze tytuł nabiera sensu, takie moje małe odkrycie.
W książce jest kilka wartościowych cytatów, które sobie zaznaczyłam. Chociaż akurat ta historia do mnie nie przemówiła, to spodobał mi się styl autorki i podejrzewam, że sięgnę po jakąś jej inną książkę.
Jeśli lubicie historie z trudną relacją, której przez cały czas towarzyszy nutka niepewności i niepokoju, to All we have is now, może być książką dla Was.