„Niełatwo dźwigać ciężar smutku w samotności.”
𝚉𝙰𝙺𝙻𝙴𝚃𝙰 𝚆 𝙻𝙰𝙱𝙴𝙳𝚉𝙸𝙰 to książka, która była dla mnie praktycznie pewniakiem.
Dwa lata temu czytałam Północ w Everwood tej samej autorki i przepadłam dla tego, z jaką gracją manipuluje słowem pisanym, żeby uchwycić rzeczywistość przeplatającą się z magią. I stworzony przez nią realizm magiczny jest jednocześnie jak nie z tego świata, a jednocześnie odnosi się wrażenie, że przecież tak właśnie jest. Że teatr nas oczarowuje, a aktorzy to tylko marionetki w rękach „wielkich” ludzi z wizją.
Lata dwudzieste minionego wieku, Londyn. Wydawać by się mogło, że świat zupełnie ozdrowiał ze skutków Pierwszej Wojny, a ludzie zdążyli zapomnieć jak wiele strat przyniosła im czteroletnia krwawa jatka. Jednak Forster żyje ze skutkami wojny każdego dnia.
Forster, który przelewa piękno na płótno, który widzi świat jak każdy artysta, ale tylko wtedy, gdy jego muza się przebudza do życia.
Bale. Maski, szampan i piękne suknie. Zbytek, ekstrawagancja i całkowite porzucenie konwenansów, bo taka noc jak ta, zdarza się tylko raz w roku. Tylko raz w roku można pozostawić za sobą sztywne kajdany etykiety, żeby oddać się zabawie i wymianie lubieżnych spojrzeń.
Spojrzeń, które niekiedy potrafią odmienić życie, tak jak stało się to w przypadku Forstera. Srebrzyste oczy oczarowały i sprawiły, że znów zaczął tworzyć.
To historia piękna i katastrofalna. Historia, która pokazuje budującą moc miłości, a także rujnującą siłę pogoni za karierą.
Pokazuje, że nie zawsze to, czego byśmy sobie życzyli, jest dla nas czymś odpowiednim. Że stawianie na swoje szczęście nie jest egoizmem, a wrodzoną potrzebą człowieka.
Pokazuje, że miłość przychodzi w różnych momentach i formach, w całym spektrum różnych kształtów. Że każdy na nią zasługuje, ale nie każdy wie, jak ją do siebie dopuścić.
Książka, która sprawiła, że znowu mam dwanaście lat, słucham Czajkowskiego i tańczę w salonie. Coś magicznego.