Byłam bardzo ciekawa tej pozycji i nie mogłam się doczekać, aż po nią sięgnę. Nie ukrywam, że jednak trochę się zawiodłam. Pierwsza połowa książki, a nawet więcej niż tylko połowa, była świetna. Niestety później coś chyba poszło nie tak. Mam wrażenie, że potencjał, jaki miała ta książka, nie został w pełni wykorzystany. Ale może zacznijmy od początku..
Historia opowiada o Lanore, która wracając do domu, zauważa grupkę chłopaków malujących graffiti na budynku domu dziecka, którego jej matka jest dyrektorką. Dziewczyna postanawia zgłosić sprawę na policję i w ten sposób zaczął się jej konflikt z jednym z wandali, Aronem. Chłopak szczerze znienawidził Lanore i zrobi wszystko, żeby zapłaciła za to, co zrobiła. Okazuje się, że mieszkają po sąsiedzku, więc Aron ma duże pole do popisu. Gdy dowiaduje się, że dziewczyna żywi uczucia do jego kuzyna, postanawia wykorzystać ten fakt, mając nadzieję, że ją to upokorzy.
Lanore to postać, która ma mocny charakter. Nie daje sobie w kaszę dmuchać i często rzuca złośliwymi żartami. Jest dosyć konfliktową osobą i powiedziałabym, że czasami wręcz na siłę doprowadzała do kłótni. Często bywała niemiła i posługiwała się sarkazmem, ale mi to kompletnie nie przeszkadzało, ponieważ lubię takie zadziorne bohaterki. Jedyne, co jej mogę zarzucić to to, że były momenty, w których na siłę stwarzała niepotrzebne problemy i z czasem zaczęło mnie to irytować. Aron również ma mocny charakter, który jest dosyć podobny do charakteru Lanore, przez co często dochodziło między nimi do sprzeczek i ostrych wymian zdań. Chłopak stanowił dla Lanore pewnego rodzaju zagadkę. Bardzo często nie rozumiała jego zachowania, ale tego akurat się jej nie dziwię. Na co dzień był skrytym i chłodnym człowiekiem nieokazującym uczuć, ale jeśli chciał, to umiał pokazać, że mu na kimś zależy. Niejednokrotnie można było zauważyć, że mimo początkowej niechęci i nienawiści do głównej bohaterki, zaczęła go ona obchodzić i coś się między nimi zmieniło.
Pomysł na książkę był dosyć ciekawy. Nie spotkałam się jeszcze z historią, w której główni bohaterowie poznali się przez akt wandalizmu wykonany na budynku domu dziecka. Przez to, że Lanore zadzwoniła na policję, Aron za zrobienie graffiti musiał odbyć prace społeczne. Chłopak szczerze ją za to znienawidził i chciał, żeby za to zapłaciła. Sprawę ułatwił mu fakt, że byli sąsiadami. Chcąc nie chcąc ciągle na siebie wpadali. Spędzali dużo czasu w swoim towarzystwie i ich początkowa niechęć do siebie zaczęła maleć i przeradzać się w coś zupełnie innego. Ich relacja zdecydowanie nie zaliczała się do tych najprostszych. Była burzliwa i mieli swoje wzloty i upadki. Bardzo często dochodziło między nimi do kłótni. Szczerze mówiąc, sama nie wiem, kiedy z tej wielkiej nienawiści przeszli do miłości. Sądzę jednak, że przebiegło to dość naturalnie.
„Don’t mess with me” to pozycja idealna na jeden wieczór. Liczy niecałe 300 stron i bardzo szybko się ją czyta, dzięki przyjemnemu stylowi pisania autorki. Dość prędko wciągnęłam się w fabułę i z wielkim zainteresowaniem śledziłam losy bohaterów. Przez większą połowę książki bawiłam się świetnie i bardzo mi się ona podobała. Poźniej coś poszło nie tak i mój zapał do jej czytania zmalał. Sama nie rozumiałam, co się działo między głównymi bohaterami. Ich relacja stała się trochę zbyt skomplikowana, a większość kłótni i niedopowiedzeń były po prostu bezsensu. Niektóre ich wypowiedzi były bardzo dziecinne i trochę mnie irytowały. Trudności występujące w ich relacji wyglądały jakby były na siłę.
Zakończenie książki zawiodło mnie na tyle, że trochę zepsuło mi jej całość i byłam zmuszona obniżyć jej ocenę. Liczyłam na coś innego, ale niestety się przeliczyłam. Kolejną rzeczą, której mi brakowało poza innym zakończeniem, było brak jakichkolwiek zwrotów akcji. Nie było tam sytuacji, które by mnie nie wiadomo jak zaskoczyły. Nie jestem pewna, czy polecam tę pozycję, bo wiem, że nie każdemu się ona spodoba. Jeśli jednak szukacie czegoś lekkiego i przyjemnego oraz jesteście ciekawi historii Lanore i Arona, to myślę, że warto wyrobić własną opinię. Mimo wszystko, debiut Dominiki był naprawdę dobry, a jej styl pisania zdecydowanie przypadł mi do gustu. Spędziłam miło czas podczas czytania „Don’t mess with me” i to chyba jest najważniejsze.