Kolejna toksyczna książeczka, ucząca młode dziewczynki nienawiści do mężczyzn.
W zeszłym roku czytałam "Pod Taflą" o syrenkach i mordowaniu mężczyzn za samo ich plugawe istnienie. Tutaj jest podobnie. Płeć męska to brutalne, bezmózgie sku*wysyny, do których można czuć jedynie odrazę i nienawiść. Biją, poniżają, molestują i wykorzystują kobiety, które tyrają na swoich mężów i winne są im najwyższe posłuszeństwo. Szczególnie wobec króla, bo to samiec alfa samców alfa. Nie ma tu dobrych postaci męskich, ponieważ ci bohaterowie, którzy przejawiają jakieś minimalne ilości empatii i człowieczeństwa, są jednocześnie albo bezwolnymi golemami pozbawionymi własnej opinii albo rasowymi podnóżkami, bezradnymi wobec okrutnego systemu. Jednocześnie nie grają absolutnie żadnej roli w tej powieści, są jedynie szufladkowani pod hasłem "może gdzieś tam są dobrzy mężczyźni, ale ciężko mi w to uwierzyć" (parafraza przemyśleń protagonistki). Jedna z dwóch chyba pozytywnych postaci męskich jest gejem, bo wiadomo, że w świecie feminizmu to szczebel wyżej od heteronormalików. Kobiety są silne, a ich złośliwość czy agresja wynikają wyłącznie z zastraszenia, bo tak naprawdę byłyby super babkami o krystalicznych charakterach.
Książka w nadmierny sposób pokazuje przemoc i całkowitą bierność wobec niej. Główna bohaterka, Sophia, buntowniczka z urodzenia, zakochuje się w Constance, bo podziwia ją za to, że mogłaby zarżnąć mężczyznę jak prosiaka w miejskiej alejce. Podobnie jak w "Pod taflą" tutaj o sile kobiety decyduje jej morderczość wobec płci męskiej, a nie determinacja do obalenia systemu.
W skrócie, wszyscy mężczyźni są źli, więc trzeba się ich pozbyć.
All men must die.
Na domiar złego zakończenie książki ma bardzo niebezpieczny wydźwięk. Mianowicie po obaleniu patriarchatu (poprzez zabicie władcy, bo przecież wiadomo, że dekapitacja głowy państwa kończy wszystkie problemy, czyż nie?) główne bohaterki obejmują władzę, znoszą obowiązkową lekturę oficjalnie zatwierdzonej bajki o Kopciuszku, a zamiast tego wprowadzają "prawdziwą historię" do ogólnego dostępu, w której jest napisane, że - UWAGA! - od tej pory Constance przewodziła radzie i działali wyłącznie na korzyść obywateli. Czy to nie brzmi znajomo? Władza, która sama o sobie mówi, że jest sprawiedliwa i działa wyłącznie w imieniu dobra obywateli i jest to oficjalny dokument? Z pewnością wszyscy mieszkańcy od tej pory żyli w wiecznym szczęściu, pod nowymi dobrymi rządami pełnych nienawiści kobiet?... Oczywiście jest też wzmianka o tłumieniu buntu przez nową królową na czele. "I żyli długo i szczęśliwie, choć nie wszyscy". Tak się właśnie rodzi kolejne ekstremistyczne państwo.
Pomijam już fakt, że rewolucja dokonuje się błyskawicznie za sprawą uprzedniej dekapitacji władcy oraz późniejszej płomiennej przemowy głównej bohaterki. Ot, szesnastolatkom najwyraźniej się wydaje, że wystarczy trochę pokrzyczeć, żeby zmienić świat. To tylko świadczy o poziomie dojrzałości autorki i jej kompletnym braku zrozumienia, co się właściwie dzieje na świecie.
Podsumowując, warto uświadamiać ludzi o panującej nierówności i zagrzewać ich do walki z krzywdzącym systemem, ale NIE W TAKI SPOSÓB. Jedyne, co ta książka może zdziałać, to krzewić nienawiść, pokazując świat w krzywym zwierciadle.
No i najważniejsze - PATRIARCHAT SZKODZI WSZYSTKIM, również mężczyznom, od których wymaga się konkretnej postawy, często bardzo krzywdzącej dla nich samych, a matriarchat wcale nie byłby lepszy, bo to wciąż ustanawianie wyższości jednej płci nad innymi. Tego typu treści ukrywane są pod płaszczykiem rzekomego feminizmu, a nierzadko bliżej im do neonazistowskich idei.
Chyba zrobię oddzielną półkę na toxic booki. Przyda się jako ostrzeżenie.