Osobisty obraz historii kościoła ostatnich 50 lat napisany lekkim, publicystycznym dość obiektywnym, rzeczowym stylem, bez unikania trudnych tematów.
Pierwsza część omawia rolę i miejsce KK od czasu pontyfikatu JP2 przez pryzmat biografii autora. Ciekawe, ponieważ pokazuje, że obecna relacja państwo, obywatel a kościół; stosunek do niego nie wzięło się z niczego, lecz z wydarzeń, uwarunkowań, działań osób co najmniej od końca lat 70 tych XX wieku. Poza tym jako niemalże równolatek autora, patrzę na ten czas w porównaniu ze swoją drogą, która początkowo zbieżna, to jednak od połowy lat 90 tych była coraz bardziej odległa od śladu, którym kroczył autor.
Następnie pisze o rozliczeniu ze swoimi przeszłymi poglądami, działaniami KK i o jak się zdaje przejściu na pozycje antyklerykalne, a na pewno z apologety wiary i kościoła w “krytycznego przyjaciela”.
Zakończenie to pieśń przyszłości. Laicyzacja jest nieuchronna, a każda próba sojuszu tronu z ołtarzem do realizacji celów hierarchii kościelnej, zaprzeczanie wykorzystywaniu dzieci, istnieniu lawendowej mafii, czy powszechnej hipokryzji, sprzeciw lub co najmniej niechęć wobec jakichkolwiek zmian proponowanych oddolnie lub wprowadzanych przez Watykan w obrębie obrzędów w imię nie siania zgorszenia, zachowania autorytetu instytucji i tradycji wiary, przynosi skutek wręcz odwrotny.
Fakt, że te spostrzeżenia, diagnozy, wnioski, krytyka płynie z perspektywy dziennikarza katolickiego, jest kolejnym dowodem na to, że posługując się cytatem z Szekspira: “źle się dzieje w państwie duńskim.” Jednych to cieszy, innych martwi. Niezależnie od tego diagnoza jest jedna. Punkt krytyczny został przekroczony i teraz można tylko ograniczać straty. Oczywiście jeśli dostrzega się to, a nie żyje w bańce.