Mam ogromny problem z oceną tej książki. Zacznijmy od plusów: temat – ważny, trudny, angażujący każdego: Czym powinna być kara za zbrodnię? Jak oceniać odpowiedzialność drugiej osoby za udział w zbrodni? Jaka jest odpowiedzialność za popełnienie przestępstwa osoby, która stoi dopiero u progu dorosłości? Jak ocenić czy kara odniosła swój skutek, czy osoba, która popełniła przestępstwo naprawdę odczuwa skruchę, żal? Czy osoba po dwudziestu latach więzienia nadal jest tą samą osobą, która popełniła przestępstwo? Na ile mamy prawo, jako widzowie, czytelnicy gazet, ferować wyroki opierając się na przekazach medialnych – zniekształconych, wyrywkowych, tendencyjnych, skrojonych pod czytalność czy klikalność?
W tym sensie książka skłania do zastanowienia, podważenia dotychczasowych poglądów, spojrzenia na znany temat z nowej perspektywy – a sprawa, której dotyczy, była przecież lata temu bardzo głośna: lata dziewięćdziesiąte w Polsce, epoka mniejszych i większych biznesików: legalnych, szemranych, łapczywych prób dorobienia się i trójka nastolatków, z „porządnych” domów, popełniająca okrutne zabójstwo, pod pretekstem zdobycia pieniędzy na studniówkę, ale trochę chyba też z bezmyślności i nudy. Dość szybkie śledztwo i szeroko relacjonowany proces, w którym uwaga skierowana była na jedyną dziewczynę w grupie – ochrzczoną przez prasę na tą zdeprawowaną, modliszkę, która zdominowała pozostałych i dyrygowała zbrodnią. Na ile ten obraz odpowiada prawdzie? Nie wiadomo – pytanie, czy dzisiaj w ogóle ma to znaczenie.
Tę opowieść pierwotnie miała napisać Lidia Ostałowska, ostatecznie stworzył ją Wojciech Tochman, nadając jej przede wszystkim wymiar sprzeciwu wobec kary dożywocia. I to jest jednocześnie zaleta i wada tej książki – zaangażowanie autora prowadzi go bowiem do ogromnej stronniczości w części poświęconej opisowi wydarzeń sprzed lat. To nie jest w żaden sposób obiektywna relacja, dobór wątków, słownictwo, groteskowe, gombrowiczowskie wręcz opisywanie uczestników i wydarzeń („pani w składzie sędziowskim na każdą rozprawę przychodziła prosto od fryzjera, tak ją wspomina jeden z adwokatów, swoją fryzurą była zainteresowana, nie sprawą”, „Sędzia Janiszewski dbał o dziennikarzy: państwo sobie tutaj usiądą na podłodze, przed ekranem, żeby dobrze widzieć”, „Groza, koszmar, histeria, tak tamte dni w sądzie wspominają mecenasi, dziennikarze, studenci. Jarmark, szopka, igrzyska, widowisko, całe miasto żyło tą zbrodnią, tłum chciał linczu, eliminacji, krwi. Dożywocie, dożywociu, dożywociem, dożywocia! I udało się. Tatarem, tatar, tatara, o tatarze!”) – wszystko ma nas od samego początku przekonać, że dziewczyna została niesprawiedliwie osądzona, zawiodły wszystkie instancje sprawiedliwości czy powołani eksperci. Ta tendencyjność, momentami bije po oczach, musi więc być zamierzona przez autora – ale po co? Czy tak małe ma zaufanie do czytelnika, że będzie w stanie samodzielnie dokonać oceny?
W dalszej części książki, gdy autor opisuje pobyt skazanej w więzieniu, jej codzienność przez ponad dwadzieścia lat tej stronniczości już nie widać – ale ta pierwsza część kładzie się cieniem na tej relacji: czy autor teraz jest obiektywny czy może znów uwypukla to, co popiera jego tezę, tyle, że trudno jest nam to ocenić, skoro nie mamy żadnych sposobów by osądzić co pomija a co uwypukla w swojej relacji?
Żaden reportaż nie jest w pełni obiektywny, choćby przez dobór faktów, kolejność ich prezentowania, tego jaki kontekst nakreślimy – tutaj jednak Tochman jak dla mnie zbyt mocno przekracza granicę, oddając wilczą przysługę tematowi, który zasługiwał na lepsze, nomen-omen -bardziej sprawiedliwe wykonanie.