Bosí lidé vyskakují z lodí na španělské pláži a rychle prchají mezi překvapenými turisty. Afričtí migranti toužící dostat se do „naší“ Evropy. Gibraltarská úžina měří v nejužším místě asi patnáct kilometrů. Vzdálenost mezi dvěma kontinenty, islámem a křesťanstvím. Most, nebo zeď?
Reportérka Aleksandra Lipczak s jazykovou bravurou prochází staletími španělských dějin tam a zpátky, potkává přitom středověké rytíře reconquisty, dnešní uprchlíky i arabské učence. Cesta po Andalusii nejspíš zpochybní vaše vnímání pravých evropských tradic a kořenů, silně ovlivněných islámskou kulturou. Pokud si správné Španělsko spojíte třeba s rýžovou paellou, pomeranči nebo sladkými churros, ani jedno byste tam před rokem 711 nenašli. Ale nejde jen o jídlo, islámská civilizace byla v době střetu s různými barbarskými kmeny, které vtrhly do Evropy, ta intelektuálně i umělecky vyspělejší. V turbulentní době dokázala uchovat antickou vzdělanost – její objevy v matematice, astronomii nebo lékařství, hloubku filozofie. Aby ji potom křesťanská království mohla znovu objevit. Vyvíjela by se bez tohoto „mostu“ evropská společnost stejně? Andalusie byla mnoho století malou laboratoří soužití různých náboženství a tradic, mezi nimiž se hranice občas rozplývaly a někdy zase bránily ohněm a mečem. Lajla znamená noc je reportáž, která pomáhá pochopit jednu ze zásadních otázek současnosti, vztah Evropy s muslimským a arabským světem. I když je často spletitý jako ornamenty córdobské mešity-katedrály.
Nie wiem, czy takie porównanie jest w stu procentach uprawnione, bo chcę tu zestawić dwie zupełnie różne książki, dwa różne gatunki i tematy ale... wydaje mi się, że Aleksandra Lipczak robi w tej książce coś podobnego do tego, co w "Ksiegach Jakubowych" zrobiła Olga Tokarczuk.
Tokarczuk zupełnie rozbiła znany i wtłaczany nam od dawna obraz Rzeczypospolitej Obojga Narodów w XVIII w., pokazała jego różnorodność, wielokulturowość z perspektywy peryferów i tych geograficznych i tych społecznych.
Lipczak też rozbija w swojej książce utrwalony obraz - Hiszpanii jako państwa jednolitego i katolickiego, pokazując jego wielokulturowe dziedzictwo. Nie tylko to arabskie, ale również żydowskie. W tej książce też mamy tygiel, przenikanie się, mieszanie, ale, tu już inaczej niż u Tokarczuk, opowiedziane z perspektywy dużych ośrodków miejskich, wielkich wpływowych rodzin i dynastii władców.
Lipczak, dlatego że pisze non-fiction, musiała trzymać się faktów, a fakty, wszelkie informacje o arabskiej historii Hiszpanii ostały się w zabytkach i dokumentach tworzonych przez możnych tamtego świata. Stąd zapewne brak tu tej perspektywy społecznych peryferiów.
Ale mniejsza o to. Ważniejszy jest ten zupełnie inny obraz dziedzictwa Hiszpanii, jaki nam Lipczak dostarcza, pokazując, że nie było tak, jak nam się w szkole przedstawia. Katolickie państwo hiszpańskie na północy, czerpało wiele ze swojego arabskiego południowego sąsiada, żyło z nim w pewnej koegzystencji, a nie tylko myślało o rekonkwiście i wyrugowaniu niewiernych.
Lipczak prowadzi nas przez największe miasta, które kiedyś były ważnymi ośrodkami arabskiej kultury i opowiada ich historie, dodając do niej opowieść o współczesnej pamięci Hiszpanów o czasach, kiedy połowa Płw. Iberyjskiego była niekatolicka.
Ciekawa to książka. Wnikliwy esej. Chociaż jak to z esejami bywa, czasami się dłużący. Przyznam, że spodziewałem się więcej reportażu w tej książce, bo Lipczak już jedna książkę reporterską o Hiszpanii napisała. "Lajla znaczy noc" to jednak przede wszystkim esej historyczny, reporterskie elementy pojawiają się w nim sporadycznie. Ale jestem wstanie przełknąć takie proporcje bez większych protestów. Bo to ciekawa rzecz.
Książka podejmuje arcyciekawy temat - muzułmańskich, arabskich korzeni współczesnej Hiszpanii. Te około 700 lat zostawiły trwałe ślady, które w kulturze półwyspu iberyjskiego widać nadal. Więc tak, temat ciekawy, ale jednak ta książka nie porwała mnie. Sposób realizacji, chaotyczność i powierzchowność, obecność autorki w opowieści (wg mnie niepotrzebna) sprawiły, że nie miałam ochoty wracać po te książkę po jej odłożeniu. Ale temat chętnie podrążę. Tym samym, w końcu przeczytałam jakąś książkę z krótkiej listy nominowanych do nagrody Nike 2021.
Esej Aleksandry Lipczak jest naszpikowany cytatami, nazwiskami, detalami architektonicznymi, wierszami, metaforami, wszelkiego rodzaju znaczącymi - pomysłów w obrębie tak krótkiego tekstu jest po prostu za dużo, myśl jest tu chaotyczna i rozedrgana, co nie sprzyja lekturze. Było ciężko, zwłaszcza że zupełnie nic o tym wcześniej nie wiedziałam. Autorka na pewno coś dla nas odzyskuje, na pewno zwraca uwagę na nieoczywistość i niejednorodność kultury na terenie Europy, nie można odmówić jej pasji i pracy, która była konieczna, żeby taka książka powstała. A jednak brnęłam przez Lajlę z niemałą trudnością, próbując jakkolwiek za Lipczak nadążyć.
Doskonała i wciągająca lektura. Najbardziej urzekły mnie historyczne anegdoty o baśniowym charakterze, takie jak ta o grubym królu, którego wybawiła dieta-cud żydowskiego lekarza (120 kg zrzucone w 40 dni) czy o ojcu, który w testamencie zostawia swojemu synowi prośbę aby zabezpieczał swój wielojęzyczny księgozbiór przed myszami. Ale w „Lajli” jest też wiele na temat dzisiejszej Hiszpanii. Autorka łączy ją z tą baśniową krainą trzech kultur, stawia ciekawe i odważne tezy, nie boi się podważać tego, co do tej pory mogliśmy przeczytać o muzułmanach i Żydach na Półwyspie Iberyjskim w książkach do historii.
Bardzo ciekawy temat, sporo pasjonujących informacji i momentami przyciężkawy styl, w którym chyba autorka sama się zgubiła niewiedząc czy to reportaż, czy esej społeczno-historyczny. Warto przeczytać jeżeli ktoś był w (lub wybiera się do) Andaluzji.
Czytając „Lajla znaczy noc” miałem początkowo to samo wrażenie, co wielu autorów recenzji na Goodreads – że to książka, którą się czyta trudno, że za dużo faktów, cytatów, że chaos. Myślę, że warto doczytać do końca. Bo mimo że naprawdę nie jest książką łatwą w czytaniu, jest w niej, jak się okazuje, wyraźna logika, która prowadzi do ciekawych wniosków i może sprawić odbiorcy satysfakcję. Trudno ten tom przypisać jednoznacznie do jakiegoś gatunku. To, po pierwsze, tekst historyczny, ale pisany przez autorkę, która nie czuje się naukowczynią i właśnie dlatego przywołuje tak wiele cytatów z uniwersyteckich prac. Po drugie, są tu elementy eseistyczne, które pełnią ważną rolę, bo prowadzą czytelnika w kierunkach zaplanowanych przez autorkę. Po trzecie wreszcie mamy w „Lajli…” fragmenty reportażowe – wiemy, że Aleksandra Lipczak przebywała dłuższy czas w Andaluzji, opisuje jak różne historyczne miejsca wyglądają dziś, wybiera rozmówców, którzy mogą coś ważnego powiedzieć na tematy, które ją interesują. Czuje się w tej trochę innej, literackiej warstwie, reporterskie doświadczenie. A poza tym jest to książka bardzo osobista, pisana w pierwszej osobie, postać autorki jest tu bardzo widoczna. Co okazało się ważne dla mnie? Przede wszystkim kolejny raz w ostatnich latach stykam się z utworem, który podważa jakąś część moich przekonań o świecie, o historii, o wartościach. To jest doświadczenie niby odświeżające, niemniej również bolesne. Jeśli takich płynących z różnych stron bodźców jest zbyt wiele, zaczynam się czuć zagubiony, a szczególnie na starość lepiej byłoby tego rodzaju stanów dezintegracyjnych unikać. Aleksandra Lipczak pisze o Al-Andalus, czyli o osiemsetletnim okresie panowania Muzułmanów na południu Półwyspu Iberyjskiego. Nie jest to chronologiczny wykład historii. Niby formalnie najważniejszymi punktami zaczepienia są główne miasta andaluzyjskie: Kordoba, Sewilla i Granada, ale w rzeczywistości są one tylko pretekstem do rozwijania różnych wątków. Cała narracja kieruje się ku współczesności, by pokazać, że istnieje pewna ciągłość dziedzictwa Al-Andalus, przede wszystkim dziedzictwa arabskiego i muzułmańskiego, choć podczas dużej części trwania państwowych formacji muzułmańskich ważne w nich miejsce mieli też chrześcijanie i żydzi. Autorka bardzo stara się zachować obiektywizm, nie idealizować współżycia różnych tradycji, religii i narodowości w dawnej Andaluzji, ale trudno jej ukryć fascynację osiągnięciami kulturowymi „Maurów” i rozmiarem ich wpływów na to, co się później, po Rekonkwiście, działo w Hiszpanii. Zresztą sama Rekonkwista rysuje się w tej opowieści trochę inaczej, niż ją dotychczas rozumiałem. A jak skomplikowana jest historia bardzo licznych grup konwertytów, ludzi zmieniających religie dobrowolnie lub pod przymusem! Być może problemy z językiem „Lajli…” i trudności w zrozumieniu poszczególnych wątków biorą się z niezbyt chyba uprawnionego założenia autorki, że inteligentny (inteligencki?) czytelnik orientuje się dobrze w problematyce historycznej i historii kultury, w każdym razie lepiej niż ja. Przyznaję, Wikipedia i inne źródła były przy czytaniu potrzebne. Jednak, jak już wspomniałem, ostatecznie chodzi o to, co się dzieje dzisiaj. Nieuchronnie zmierzamy ku problemowi arabskich i nie tylko arabskich uchodźców, ku pożytkowi, jaki płynie z asymilacji i mieszania się różnych kultur i tradycji. Te współczesne i trochę starsze, dwudziestowieczne wątki stanowiły dla mnie największe zaskoczenie. Np. to, że Franco, w końcu nacjonalista i konserwatywny katolik, otaczał opieką muzułmanów, pozwalał na zakładanie pierwszych od wieków meczetów. Przebywając przez wiele lat w Maroku lepiej rozumiał tamtejszych ludzi niż Republikanie. A dziś? Ciekawy był dla mnie opis dość podobno znaczącego zjawiska konwersji na islam i to w wersji sufizmu. Ma ono różne wymiary – poszukiwań duchowych, poszukiwań innej, wypartej tradycji, reakcji na hiszpańskość jako pewien monolit narodowo-religijny. „Lajla znaczy noc” kończy się jak rozbudowany utwór muzyczny bardzo mocnymi dźwiękami – opisem kolejnych akcji wygnania z katolickiej Hiszpanii tych, którzy byli inni: najpierw Żydów, później morysków, czyli muzułmanów, którzy przyjęli chrześcijaństwo (i chodzi tu o kolejne pokolenia w tej grupie!), wreszcie gitanos, Romów. Nie były to jakieś spontaniczne działania, ale przedsięwzięcia oparte na dekretach królewskich, wydawanych na chłodno, z kalkulacji politycznej. Dziś państwo hiszpańskie próbuje się jakoś rozliczyć z tą historią, a nie jest to łatwe. Wydaje mi się, że naprawdę warto było zadać sobie trud przejścia przez komplikacje tej książki, poruszać się z autorką nie wzdłuż prostej linii czasu, ale meandrami, po spirali, by zrozumieć kim jesteśmy, także jako Europejczycy. I choć wyczuwam w tym koncepcie silne emocjonalne zaangażowanie Aleksandry Lipczak, mam dla niego dużo zrozumienia. Historia magistra vitae, ale przecież nauczycielki bywają różne, trzeba sobie wybrać.
Zgadzam się w 100% z recenzją Moniki - bardzo ciekawy temat, ale przekazany w ciężko zjadliwy, nudny i, co zawsze denerwuje mnie w reportażach, tendencyjny sposób. Autorka stawia pewną tezę i cała książka tezy tej broni. Książce nie mozna odmówić świetnego researchu, bogatej bibliografii i tony przypisów. Autorka na samym początku przyznaje, że w Andaluzji nie mieszkała, wiec materiały zbierane były jedynie podczas wizyt(y). I samej autorki jest tu zdecydowanie zbyt dużo… jakoś mi się to wszystko ze sobą nie klei. Momentami wątki ciekawe, zaraz przeraźliwie nudne. Z jednej strony mocny research, z drugiej tendencyjnie powycinane fragmenty wywiadów. Takie 2+ a wielka szkoda, bo sam temat intrygujący.
Bardzo interesująca pozycja. Szacunek za ogromną wiedzę i mnóstwo literatury wykorzystanej przy tworzeniu książki.
Gwiazdka mniej za jednostronne widzenie historii. Chrześcijanie to ci źli, którzy zniszczyli wspaniałą kulturę. Jakoś nie wspomina się o tym, że muzułmanie w wieku XIII byli tak samo okrutni jak ich chrześcijańscy przeciwnicy. Sypały się głowy, plądrowało się miasta przeciwnika i brało niewolników po obu stronach tego konfliktu.
Czegoś mi zabrakło. „Ludzie z Placu Słońca” byli porywający, czuć w nich było entuzjazm i autentyczne zainteresowanie Aleksandry Lipczak Hiszpanią. Tutaj jest solidny esej historyczny, momentami przegadany, urozmaicony elementami reportażu, niby ciekawie, niby poprawnie, dużo informacji, ale nie ma tej iskry.
Ikonické španielske olé! vzniklo údajne z prevolávania slávy Alláhovi; traduje sa, že flamenco má arabské korene v spojení falláh mandžú (roľník zbeh, vyhnanec – vraj preto, že vyhnaní moriskovia (pokrstení Maurovia) sa ilegálne vracali a útočisko nachádzali práve medzi gitanos, Rómami, a preplietli sa tak nielen ich životy, ale aj hlasy).
Pri čítaní tejto knihy som mala niekoľkokrát pocit blízky déjà vu, prednedávnom som totiž doprekladala knihu, ktorej španielska časť sa zaoberá presne tou istou samomytologizáciou (alebo sebaexotizáciou?) „tamburínového“ Španielska, ako ho nazval sevillský básnik Antonio Machado (volániky, vejáre, bodkované šaty, tancujúce gitanos, posvätná úcta preukazovaná rovnako torerom ako miestnym Pannám) a miešaním kultúrnych a náboženských vplyvov (so všetkými ideologickými vojnami a kontroverziami, ktoré to sprevádzajú). Rovnako píšu o populistickej neofašistickej strane Vox, ktorej mačistický islamofóbny vodca Santiago Abascal zverejnil video, na ktorom triumfálne jazdí na koni andalúzskou krajinou za zvukov soundtracku z Pána prsteňov. „Reconquista sa začína v andalúzskych krajoch,“ znel titulok videa.
A rovnako spomínajú podvratné odkazy a skryté narážky z Dona Quijota, napríklad doslovný preklad mena fiktívneho kronikára dobrodružstiev Cervantesovho potulného rytiera znie Lord Baklažán – ktorý stigmatizoval nielen moslimov, ale aj Židov a občas sa objavoval v inkvizičných procesoch. Alebo Dulcinea: má skvelú ruku pri solení bravčového, a to môže znamenať, že je pravdepodobne conversa, Židovka prinútená konvertovať na kresťanstvo a svojím očividným umením prípravy bravčového sa snaží otupiť bdelosť inkvizície (a niektorí dokonca tvrdia, že tá dnešná posadnutosť Španielska šunkou môže mať celkom dobre korene v obavách pred upálením na hranici).
„Lajla znamená noc“ je oveľa hutnejšia čo do historického nahustenia faktov (miestami až príliš, ak toho až tak veľa o španielskych dejinách neviete), ale jednoznačne stojí za to prelúskať sa tým. Od Toleda po Sevillu, od Granady po Tarifu (tarifská kapitola bola pre mňa jedna z najsilnejších) skúma mýtus al-Andalúsu a konvivencie, bájneho tolerantného spolužitia Židov, moslimov a kresťanov (čo je koncept z historického hľadiska rovnako kontroverzný ako sloh mudéjar).
Je to fascinujúce čítanie, od Franca (zaobíde sa nejaký španielsky príbeh bez neho?) po limpienza de sangre (čistotu krvi – ostatne aj pomenovanie jedného z najdeštruktívnejších konceptov moderných dejín pochádza zo španielskeho raça, kaz na látke: aj jediná kvapka zlej (židovskej, maurskej) krvi nakazí celý zvyšok minimálne po štyri generácie), od katolíckych veličenstiev odhodlaných vybudovať čisto kresťanské Španielsko po migrantov stratených na mori, ktorých nehľadá nikto okrem zúfalých príbuzných, od toho, že v Granade sa dá zažiť príchuť Marakéša, po kontroverziu okolo cordobskej mešity-katedrály, od nápisov z Koránu v Alhambre po toledské skriptóriá, v ktorých stredovekí prekladatelia pomáhali šíriť arabské poznatky do Európy. Moriskovia, gitanos, conversos... toto je reportáž o tom, že dejiny kultúrneho preberania a stykov sú rovnako dôležité ako významné bitky a vojny.
To nie jest łatwa książka, ale nie w sensie stylu czy jakiejkolwiek kwestii edytorskiej.
Nie jest to książka łatwa, ponieważ mówi ona o tematach, których normalnie się nie porusza. Dyskusja na temat muzułmanów czy odmiennych religii jest u nas sprowadzana często do 'nasi-nie nasi'. Hiszpania próbuje poradzić sobie ze swoją przeszłością i tym, że tak naprawdę jest przesiąknięta Maurami, Żydami, Arabami, muzułmanami. Widać to w Andaluzji, widać to w miastach tego regionu. Czytając książkę Pani Lipczak mam nieodparte wrażenie, że gdzieś jest właściwa droga - ale nie do końca jeszcze jasna, klarowna. Nie będzie jej póki nie zaistnieje ogólna akceptacja tego, że migracje są częścią życia na tej planecie, a uchodźca nie znaczy zagrożenie.
Móc oglądać Sewillę na żywo, a także pamiętając zimno wnętrza La Giraldy, nie mogę oprzec się wrażeniu, że powinnam była wiedzieć więcej o przeszłości tego miejsca zanim się tam w ogóle wybrałam - możliwe, że moje doświadczanie Andaluzji byłoby zupełnie inne.
Chyba najsmutniejszym i najbardziej wymownym jest rozdział o Gibraltarze i 13 km morskiej cieśninie, która stała się dla niektórych wiecznym domem.
(Niepomiernie irytował mnie sposób prowadzenia przypisów, znalazłam również kilka chochlików drukarskich. Na szczęście książka posiada na końcu spis bibliograficzny, chociaż żałuję, że numeracja nie pozwala na odniesienie się do odpowiednich rozdziałów).
Bardzo dobra, fajnie udokumentowana i nieoczywista książka, z wieloma ciekawymi i nieznanymi mi wcześniej wątkami. Bardzo dobre wyczucie u autorki. Na minus tylko styl/język - przy poprzedniej książce tak tego nie czułem, ale tutaj było mocno ciężko, miejscami bardzo ciężko. Brakowało lekkości pióra (co nie musi być wadą, ale też nie każdemu będzie odpowiadało). Może dlatego, że jednak nie jest to stricte reportaż, a bardziej mocno oprzypisowane eseje, ale mam wrażenie ze formę dało się stworzyć lepiej. Co do treści, brak zarzutów.
Ogrom wiedzy i wnikliwej analizy, ale niestety nieustrukturyzowany i podany w formie ciężkostrawnej, czyli: bardzo chaotycznej, czasem pełnej urwanych myśli, szybkich cytatów i przypadkowych wtrąceń.
Piękna, poetycka podróż przez Hiszpanię, z jej zawirowaniami historycznymi i bogactwem kultur zgromadzonych w iberyjskim tyglu. Książka napisana językiem, który zachęca do ciągłego odkrywania kolejnych tajemnic, nawet tych, które nie krzyczą na nas swoją spektakularnością.
Andaluzja jest mi bliska, ale wciąż nie do końca znana krajoznawczo, historycznie bardziej, ale dzięki Lipczak teraz już dużo lepiej. Autorka skupiła się na mauryjskiej przeszłości tej prowincji, broniąc swojej tezy o wielokulturowości Hiszpanii, obecności tego dziedzictwa do dziś i istnienia tego tyglu kulturowego mimo jednolitej fasady.
Autorka nie prowadzi chronologicznej czy stricte historycznej narracji, dzieli swoją książkę na rozdziały geograficzne – skupia się na poszczególnych andaluzyjskich miastach, które są dla niej przyczynkiem do rozważań o arabskim dziedzictwie, przytaczaniu anegdot i informacji historycznych. Ciąg dalszy: https://przeczytalamksiazke.blogspot....
Kniha poľskej autorky Aleksandry Lipczak sa zaoberá arabským dedičstvom v súčasnom Španielsku, konkrétne v časti Andalúzia. Anotácia znela fakt fajn, tešila som sa na knihu, ale nakoniec som sa s ňou trochu trápila. Téma bola veľmi zaujímavá, dostanete naservírovanú nálož z histórie a aj súčasnosti - plno mien, rokov a udalostí. Označila som si mnoho zaujímavých či prekvapujúcich údajov v texte, ale ako celok som si to nejak nevedela dať dokopy, miestami som strácala niť, možno aj kvôli dlhším prestávkam v čítaní a priznávam, že mi robila ťažkosti aj čeština. Toto je môj subjektívny názor a verím, že knižka s touto témou si nájde svojich fanúšikov.
Wiele spraw traktujemy jako pewne, nawet się nad nimi nie zastanawiając. A często, żeby nie powiedzieć zawsze, kryją się za nimi niesamowite i niewyobrażalnie historie. Również zbyt szybko, jako pewne, przyjmujemy pewne stereotypowe postrzeganie świata, nie zagłębiając się w morzu znaczeń, niejasności i niedopowiedzeń.
Jednym z takich przykładów są hiszpańskie palmy. To niesamowite, że pojawiły się one dopiero w okolicy IX wieku. Ten popularny widok wszędobylskich palm jest efektem nostalgii Abd al-Rachmana, założyciela dynastii iberyjskich Umajjadów, tęsknoty za krajobrazem rodzinnej ziemi. Jak pisze w swoim eseju Aleksandra Lipczak, nie znalibyśmy współczesnej Hiszpanii w obecnej formie, gdyby nie jej arabskie, subsaharyjskie, berberskie, żydowskie, rzymskie i wizygockie dziedzictwo.
Aleksandra Lipczak w „Lajli…”, a 70 lat wcześniej francuski orientalista Évariste Lévi-Provençal, podkreślają znaczenia dziedzictwa muzułmańskiej społeczności. I to nie tylko na terenach Portugalii i Hiszpanii, ale również dla całej średniowiecznej Europy. Często nie zdajemy sobie sprawy, gdy korzystając z określonych konwencji, słów, posługującą się odniesieniami, są one zakorzenione głęboko w dziedzictwie Europy, ukształtowanej nie tylko przez chrześcijan, ale także Greków, Rzymian, Arabów, muzułmanów i wielu innych przenikających się myśli i prądów.
Książka jest świetnie napisana, z werwą, polotem, erudycyjnie, odważnie, a przy tym również świetnie udokumentowana. Za każdym rogiem kryje się historia do odkrycia. I możemy poszukiwać jej w najbardziej oczywistych miejscach. Ponad 12 stuleci ciągłej wymiany myśli, doświadczeń, walk, przyjaźni, kompromisów. Żeby odkrywać kolejne warstwy wystarczy zadawać pytanie, dziwić się, a później próbować znaleźć na nie odpowiedzi.
Czytajcie „Lajla znaczy noc” to wspaniała opowieść. Nie tylko o historii i współczesnej Andaluzji. Zapominana historia lubi być traktowana instrumentalnie. Dlatego tak ważne jest, aby pamiętać o cały dziedzictwie z jakiego korzystamy na co dzień.
Lajla znamená noc je zvláštním mixem mezi reportáží, historickým vyprávěním ze středověku, cestopisem, sbírkou fragmentů rozhovorů a politickou historií Španělska. Vše dohromady to ale vytváří ucelený, i když široce rozvětvený, obraz současných debat o Španělské a Andaluské identitě. Aleksandra Lipczak rozhodně nepíše historii Španělska, ani historii muslimské přítomnosti na Pyrenejském poloostrově, ani analýzu vlivů muslimské kultury na evropské kulturní dědictví. Na to konec konců existuje mnoho, neustále přibývajícíh studií i populárně naučných vyprávění. Svou reportáží spíše maluje. Fragmentárnost jejího stylu psaní i jednotlivých kapitol vytváří dohromady mozaikovitý obraz Španělska, jeho historie a kultury, jakožto i opomíjené multikulturní historie Evropy.
Výtku mám vůči jazykové stránce knihy - předpokládám, že způsobenou překladem. Čtenář často naráží na věty, kterým chybí slovo a marně hledá, co špatně přečetl.
Dla mnie ta książka była trochę powrotem do Hiszpanii, gdzie przez jakiś czas mieszkałam i na nowo przypomniała mi, jak łatwo jest się tam poczuć u siebie - ten kraj ma w sobie coś unikalnego, co Lipczak (bez zadęcia i zbędnych zachwytów, za to bardzo szczerze) świetnie uchwyciła. Polecam każdemu, kto fascynuje się Andaluzją i Hiszpanią.
Myślę, że oceniłabym na takie 3,5 ostatecznie. Rzeczywiście jest w niej dużo chaosu, ale nie przeszkadzało mi to aż tak. Gubiłam się bowiem lekko we wszystkich tych nazwiskach i wątkach momentami, ale temat mnie zafascynował. Dodając do tego fakt, że czytałam ją będąc w Andaluzji, jestem więcej niż zadowolona z lektury.
Wróciłam do książki po chyba trzech latach od porzucenia pierwszego rozdziału i cieszę się że się na to zdecydowałam. Myślę, że potrzebowałam w międzyczasie nabrać prawdziwego zainteresowania tematem poza tylko „o, brzmi ciekawie to poczytam”. Lipczak w ciekawy sposób wprowadziła mnie w temat arabskiego dziedzictwa Hiszpanii i pozostawiła głód na więcej.
Z mojego doświadczenia jednak, na samym początku zarówno przez temat jak i styl trochę trudno się przebić. Kiedy wróciłam do początku książki i rozdziału o meczecie(- katedrze) w Kordobie, wiedząc już znacznie więcej o historii al-Andaluz po przeczytaniu książki, znacznie lepiej się go czytało.
[ Pełna recenzja TUTAJ ] ,,Z historią Hiszpanii nie zawsze było mi tak po drodze jak ostatnimi czasy. Posługując się językiem hiszpańskim zawsze bliżej było mi zarówno akcentem jak i kulturowo do Meksyku stąd też bardziej interesowałam się regionem Ameryki Łacińskiej. Jednak w trakcie studiowania filologii hiszpańskiej zainteresowałam się Hiszpanią. Dodatkowo, od dłuższego czasu bardzo intrygują mnie naleciałości językowe z arabskiego, którego także bardzo, bardzo chciałabym pewnego dnia się nauczyć. Dlatego, gdy dowiedziałam się o istnieniu tej książki wiedziałam, że muszę ją jak najszybciej przeczytać. (...) Moje wrażenia ogólne, jednak nie są dobre. Książka była napisana ciężkim, przytłaczającym językiem. Narracja nie sprawiała wrażenia uporządkowanej. Nie wciągnęło mnie. Właściwie wszystko to były rzeczy, o których już wiedziałam poza informacją o Mbembe, dla której chyba tylko warto było zapoznać się z tą pozycją. Nie była bardzo zła i nie żałuję, jednak w obliczu tylu pozytywnych recenzji i interesującego mnie tematu oczekiwałam na trochę więcej."
Porzucam po 120 stronach, nie mam ochoty na czytanie książki, która jest napisana tak suchym językiem, że aż ma się wrażenie jakby czytało się podręcznik do historii...
V januari 2023 som stala v Tolede pred synagogou el Transito. V rade za mnou stala skupina dievcat z Erazmu, ktore prisli na vylet do Toleda z Granady. Mlade dievca (z blizkeho vychodu) zdielalo kamaratkam svoje dojmy so spoluziakov: -On prisiel a zacal ma hladkat po vlasoch a hovoril mi ake su nadherne! -Ano ano, on je taky robi to vsetkym... -Ale on prisiel za mnou zozadu od chrbta a bez pozdravenia mi zacal hladkat vlasy a dotkol sa mi ramien! - On to berie, ze ste kamarati - Este mi vravel, ze som strasne sexy. Ako si to moze dovolit? - Aj to hovori vsetkym. Mne to uz povedal aspon 20-krat. Aj ked som nebola namalovana...
Potom sme vosli do synagogy, ktora vyzera ako mesita, aj vyzdobu ma ako mesita, a ja som musela dvihat sveter, lebo som mala na rifliach zips....Bali sa, ze tam pride niekto z palestiny a odpali to tam....
Spanieli a ich vlastna historia je jedna velka tragedia. Pochodila som spanielsko relativne dost, hlavne pamiatky na juhu. Ked som bola v Alhambre, mala som dojem, ze ak sa raz navzajom vyvrazdime na tejto planete a potom pridu mimozemstania, tak presne takto budu pozerat na nase stavby.
Tato kniha je presne o tom. O trochu viac som sa dozvedela o obcianskych vojnach, ktore prebehli v Al Andalus, ale inak sa zaobera najma tym ako velmi je aktualne Spanielsko oddelene od svojho kulturneho dedictva. Vsetky pamiatky vyrabovane, historia zabudnuta, zostali len zvyky, hudba, stylove arabske napisy v kostoloch a na domoch a par stavieb, kde sa clovek skoro nedoplati vstupu. Odpojenie je take velke, ze den padu Granady a vyhnanie moslimov z nej, oslavuju v uliciach aj samotny moslimovania so spanielskymi vlajockami.
Kulturny sok mnohych moslimov a hlavne moslimiek, musi byt sialeny, ked na miestach ktore vyzeraju ako vystrihnute z tisic a jednej noci vsetci jedia vo velkom sunku, dost piju, dievcata sa moc nezahaluju a muzi naozaj casto osobny priestor nerespektuju, najma pokial vas apon trochu poznaju. O tom aka oblubena je tu baccata ani nehovoriac.
Preto sa autorka minimalne snazi ziskat odpoved na dve dolezite otazky: Ako je mozne, ze sa tieto dve kultury tak oddelili? Moze za to Inkvizicia, pogromy, rekonkvista, obcianska vojna, Franko alebo silne uvolnenie po smrti Franka?
A najdolezitejsia? Dokazali pri sebe zit krestania, moslimovia a zidia v mieri?
Tak, tak ... Hiszpania taka progresywna, islam taki cudowny ... Ale Hiszpania nie potrafi zakazać corridy, walk byków, polowań ... Progres progresem, ale zawsze wygrywa strach przed utratą głosów konserw. I tradycja. Nie każda tradycja musi być przekazywana dalej do usranego końca świata... Tylko trzeba mieć w sobie odwagę, żeby powiedzieć "dość, nie chcę, to jest przecież debilizm." Ale nie, jednak nie ... Każdy rząd jest taki sam, czyli tchórzliwy.
Nieważne jaka religia, ale zawsze są w jej imię dręczone, torturowane i mordowane zwierzęta. Więc sorry, ale nie ma we mnie współczucia ani dla wygranych muzułmanów, ani dla żydów, ani innych "wierzących". Dopóki w imię swoich religii krzywdzicie i zabijajcie zwierzęta, jesteście po prostu religijnymi durniami. I tyle.