Każda dobra historia ma w sobie coś z prawdy.
A chyba nie ma historii bardziej realnej niż ta, która została zaczerpnięta z życia.
Paweł Leśniak sięgnął po dwie stare, dziś już niemal zapomniane sprawy kryminalne i na ich fundamentach zbudował własną opowieść.
Żeby jednak dobrze zrozumieć tę historię, trzeba najpierw przypomnieć sobie, jak wyglądały lata dziewięćdziesiąte.
Policja w Polsce w obecnym kształcie istniała wtedy zaledwie od kilku lat. Jeszcze przed 1990 rokiem mieliśmy Milicję Obywatelską, a po transformacji część jej funkcjonariuszy kontynuowała służbę już w Policji.
Zmieniła się nazwa, zmieniały się struktury i przepisy, ale mentalności oraz przyzwyczajeń nie dało się przecież wymienić z dnia na dzień.
I właśnie przez ten pryzmat patrzę na wydarzenia przedstawione przez Leśniaka. To nie jest współczesna Polska przeniesiona trzydzieści lat wstecz.
To są lata dziewięćdziesiąte — ze swoim chaosem, układami, znajomościami, półświatkiem i znacznie bardziej płynną granicą między tym, co „zgodne z procedurą”, a tym, co po prostu dało się załatwić.
Kto pamięta tamte czasy, ten wie…
Ja akurat pamiętam je całkiem nieźle jako dziecko wczesnych lat 90. Pamiętam świat, w którym naprawdę wiele rzeczy dało się załatwić „po znajomości”. Pamiętam złote lata polskiej mafii, o której regularnie mówiło się w telewizji.
Pamiętam też rzeczywistość, w której procedury oczywiście istniały, ale równie dobrze funkcjonowało wszystko to, co działo się poza nimi. I często wszyscy doskonale o tym wiedzieli, jednak nikomu specjalnie to nie przeszkadzało, a już na pewno nikt nie chciał zostać donosicielem.
Dlatego uważam, że Paweł Leśniak bardzo dobrze oddał klimat tamtych lat. I właśnie z tego powodu nie do końca trafia do mnie jeden z zarzutów, na który natknęłam się w innych recenzjach „Kim jesteś” — dotyczący zamiany tożsamości komisarza. Argumentowano, że z punktu widzenia policyjnych procedur coś takiego nie mogłoby się wydarzyć.
Tylko że mówimy o roku 1996.
To, co zdecydowanie warto zauważyć, to sposób, w jaki Leśniak operuje słowem. Bo tej książki nie czyta się tak po prostu… Ją naprawdę można zobaczyć, poczuć, niemal wejść w poszczególne sceny.
Autor pisze niezwykle obrazowo. I odnosi się to zarówno do spokojniejszych, jak i tych zdecydowanie brutalniejszych fragmentów.
A brutalności tutaj nie brakuje. Sceny tortur są opisane na tyle sugestywnie, że dla bardziej wrażliwego czytelnika mogą okazać się zwyczajnie zbyt mocne. Leśniak nie odwraca wzroku i nie pozwala zrobić tego czytelnikowi — pokazuje ból, przemoc i okrucieństwo w pełnej krasie.
Mnie akurat to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie — pasowało to do tej historii i jeszcze mocniej podkreślało jej brudny, bezkompromisowy klimat.
Mamy tutaj również dobre stopniowanie napięcia i zagadkę, która przez naprawdę długi czas nie dawała mi spokoju.
Leśniak skutecznie podrzuca kolejne tropy, ale zamiast przybliżać nas do odpowiedzi, momentami tylko jeszcze bardziej wszystko komplikuje.
Sama długo nie byłam pewna, kim tak naprawdę jest Michał Ptak.
Autor pozwala czytelnikowi podejrzewać niemal każdego, a kiedy już wydaje nam się, że zaczynamy składać tę układankę w całość, wystarczy jeden szczegół, żeby ponownie zasiać wątpliwość.
I właśnie to lubię w kryminałach najbardziej — kiedy autor nie podaje mi rozwiązania na tacy, ale pozwala kombinować razem z bohaterami.
Tutaj kombinowałam.
I to całkiem sporo.
No i jest jeszcze Irenka.
Młoda, ambitna i — nie oszukujmy się — początkowo dość nieudolna policjantka. Brakuje jej doświadczenia, popełnia błędy, czasami podejmuje decyzje, przy których człowiek ma ochotę złapać się za głowę. A przy tym zupełnie przypadkowo zostaje wciągnięta w śledztwa, na które zupełnie nie była gotowa.
Bo umówmy się — dla młodego gliny sprawa seryjnego mordercy i mafijnego półświatkiem to już naprawdę gruby kaliber.
Jej brak doświadczenia ma jeszcze jedną konsekwencję — Irenka stosunkowo łatwo ulega manipulacji. Jest ambitna, chce się wykazać, ale nie ma jeszcze tego policyjnego instynktu. I właśnie dlatego momentami sama nie wie, czy jest jeszcze uczestniczką śledztwa, czy już pionkiem w cudzej grze.
Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to początkowo Irenka trochę ociera się o stereotyp młodej, ładnej blondynki, którą bardzo łatwo zaszufladkować. I przez pierwsze rozdziały sama trochę tak na nią patrzyłam.
Ale właśnie dlatego tak podobał mi się rozwój tej postaci.
Irenka nie pozostaje dziewczyną, którą poznajemy na początku. Wydarzenia ją zmieniają, zdobywa doświadczenie, zaczyna podejmować coraz odważniejsze decyzje, a kiedy przychodzi moment próby, naprawdę pokazuje pazura.
I chyba właśnie za to polubiłam ją najbardziej — nie dlatego, że od początku była świetną policjantką, ale dlatego, że na naszych oczach zaczęła się nią stawać.
Podsumowując — „Kim jesteś” to kawał naprawdę dobrego, brudnego kryminału, który pachnie latami dziewięćdziesiątymi. Czasami papierosami, czasami wódką, czasami krwią — ale zdecydowanie nie sterylnym policyjnym gabinetem.
Leśniak wziął prawdziwe historie, dołożył do nich fikcję i stworzył opowieść, w której przez długi czas właściwie nie wiadomo, komu można zaufać. Mamy seryjnego mordercę, mafijne porachunki, stare zbrodnie, manipulację, fałszywe tożsamości i bohaterów, którzy zdecydowanie nie są krystaliczni.
Do tego dochodzi bardzo obrazowy styl autora. Leśniak nie oszczędza swoich bohaterów, nie zawsze są to obrazy przyjemne. Jeśli więc jesteście szczególnie wrażliwi na brutalność i dosadne sceny przemocy, miejcie to z tyłu głowy.
Czy wszystko kupiłam bez zastrzeżeń? Nie. Irenka początkowo trochę ocierała mi się o stereotyp młodej, ładnej i naiwnej blondynki — a denerwuje mnie taki sposób kreacji kobiecych bohaterek (na całe szczęście jej postać szybko ewoluuje), niektóre rozwiązania fabularne wymagają zaakceptowania realiów zupełnie innych niż te, które znamy ze współczesnej Policji (co dezorientuje szczególnie młodsze grono czytelników), jest też kilka błędów logicznych. Ale żadna z tych rzeczy nie odebrała mi przyjemności z czytania.
Bo najważniejsze jest dla mnie to, że ta historia mnie wciągnęła. Kombinowałam. Podejrzewałam. Zmieniałam zdanie. Zastanawiałam się…
I chyba właśnie dlatego tytuł „Kim jesteś” pasuje tutaj tak dobrze. Bo to pytanie podczas lektury zadajemy nie raz — i nie tylko jednej osobie.