Dlaczego.
Dlaczego zawsze kiedy czytam coś autorstwa Marty Dzido to musi się pojawić jakieś "yikes"??
Don't get me wrong, to nie jest tak, że ta książka jest okropna i współcześnie do niczego się już nie nadaje (błogosławić za wstęp Dzido do współczesnego wydania 🙏). Styl pisarski jest swobodny i zdecydowanie przejawia się w nim ówczesny wiek autorki, bo momentami jest baaaardzo edgi i typowo nastoletni, ale mam wrażenie, że przez to opowiedziana w książce historia nabiera jeszcze bardziej szczerego charakteru. To ten ostatni czynnik, szczerość, która krzyczy z tej książki, sprawił, że tak bardzo ją polubiłam na początku, że mogłam się utożsamić z narracją głównej bohaterki.
Niestety główna kreacja psychologiczna wytworzona w tej książce jest bardzo niespójna. Nie podoba mi się to, że Anna nie przechodzi żadnej przemiany, nie uczy się żyć w zgodzie ze swoją decyzją a zakończenie jej historii (czyli po prostu zakończenie całej książki) jest absolutnie do👏du👏py👏. Also, mam wrażenie, że cały morał wybrzmiewa trochę na niekorzyść samej aborcji?? Absolutnie nie wątpię w to, że istnieją kobiety, które żałują jej dokonania albo mają z tego powodu wyrzuty sumienia. W książce nawet pada zdanie zwracające uwagę na ten fakt, że dla wielu kobiet przeżycie to może okazać się czymś trudniejszym niż może się wydawać. Ale potem pojawia się kilka momentów, które przedstawiają fakt posiadania dziecka jako boskie objawienie, jako sens życia, bohaterka opisuje swoją aborcję jako największą stratę, jest przekonana, że nie będzie mogła mieć przez to dzieci później. Cieszę się, że taka bohaterka się pojawiła w literaturze (żałująca swojej decyzji, niepewna, takich spojrzeń na aborcję też potrzebujemy, bo takie kobiety po prostu istnieją i muszą byc zauważone w tym dyskursie). Ale mimo wszystko wolałabym, żeby spotkało ją na jej drodze coś (psycholog, terapia, wsparcie kogoś bliskiego, wyjaśnienie że aborcja =/= wycięcie macicy, że może mieć później dzieci), żeby cały przekaz książki, która ma być w pewnym sensie częścią procesu obalania aborcyjnej stygmy, przedstawiła się bardziej ludzko, jako coś naturalnego. Chciałabym, żeby spotkało ją coś innego nałóg narkotykowy, w który się wpędza z powodu wyrzutów sumienia. Albo as i said... terapia?!
Trudno mi się to pisze, ze względu na to, że autorka sama przyznaje, że "ślad po mamie" to jej aborcyjny coming out, tak więc nie wiem ile jeszcze faktów z tej książki jest właśnie faktami. Ale chyba właśnie dlatego wolałabym, żeby doszło tu do jakiejś konkluzji, wniosków, przemiany bohaterki. Jestem wdzięczna Marcie Dzido za ten wstęp z 2023, on dużo wyjaśnia.
Niestety sama książka, jak głosi wiele opinii, jest niespójna, momentami problematyczna i po prostu dziwna (sama końcówka to właśnie ten "yikes moment"). Marta Dzido mówi, że sama napisałaby ją teraz lepiej i zgadzam się z tym beż dwóch zdań.