Mamy połowę XXI wieku, za nami coś na kształt apokalipsy, Warszawą trzęsie groźna azjatycka sekta. Wszystko brzmi obiecująco. Nawet klimat miasta, brudnego, przeludnionego, dziwacznie zmutowanego, udało się Rafałowi Nowakowskiemu przekonująco nakreślić. Nie udało się za to z fabułą. Chyba że ona gdzieś tam jest, pod spodem, pod tym pretensjonalnym, pseudointelektualnym pitu-pitu. Może zabrakło mi determinacji, żeby spróbować wnikliwiej się w "Rdzę" wczytać i wyciągnąć wszystkie jej zalety. Moja wina, niemniej nie planuję pokutować, umartwiać się, ani tym bardziej robić kolejnego podejścia. Z radością zapomnę o kilku godzinach poświęconych lekturze.
I tylko Philip K. Dick, przywołany na okładce, gdzieś tam ze swojego miejsca w przytulnej Wieczności, będzie nadal prychał z dezaprobatą na myśl o tanim chwycie marketingowym, którego stał się bohaterem.
Podzielam opinie pozostałych. Po czterdziestu stronach stwierdziłem, że nie ma sensu iść dalej, przeskoczyłem do końca i wciąż nic nie zrozumiałem. Chociaż motyw książki wydaje się mieć potencjał, to autor do kilkudziestej strony nie wnosi tą opowieścią absolutnie niczego. Nudna historia o zepsutej lotni. Na końcu azjatyckie nazwiska, które w całej historii spójnością nie brylują. Nie polecam.