Zanurz się w dystopijnej wizji świata, gdzie człowieka traktuje się jak pionka w grze, która nie przewiduje wygranych.
Ziemia - taka, jaką znamy - na skutek boskiego gniewu przestała istnieć. Ale po tysiącach lat ludzkość się odrodziła. Jednak nie może już sama decydować o swoim losie. Władzę na świecie przejęły totalitarne rządy. By chronić ludzkie ciała i dusze powołano Święte Oficjum, nazywane Inkwizycją. Jednym z przedstawicieli tej organizacji jest Witeldon Walszarti, który stoi na straży miasta Spero. Inkwizytor jest mściwy i bezlitosny w swych osądach. Wkrótce jednak mężczyzna ze swoimi ludźmi rozpoczyna długą podróż, by poznać prawdę o świecie, w którym żyje. Gdzie go zaprowadzi i co odkryje?
Grzechy przeszłości należą do serii Inkwizycja. To idealna lektura dla fanów Gry o Tron.
Debiut w świecie fantasy w dodatku z ilością stron przekraczającą 600 zawsze przyprawia mnie o obawy. Z jednej strony debiut nie może być dobry (takie mogę policzyć na palcach jednej ręki), a z drugiej świat fantasy jest znacznie bardziej rozbudowany od przęciętnego kryminału i trzeba mieć już jakiś warsztat, który wykreuje coś co zainteresuje czytelnika. Witold Skrzydlewski zdaje się jednak mieć gdzieś moje obawy i niczym główny bohater jego opowieści, serwuje mocny cios boskiego talentu prosto w moje czytelnicze serce. Co tu dużo mówić, jest błogo i rewelacyjnie.
Świat od zawsze toczy walki dobra ze złem, a właściwie mniejszego zła z większym złem. Nic co nas otacza nie jest skrajne, nie ma prawdziwego dobra bez domieszki zła, podobnie jak nie ma największego zła bez domieszki dobra. Tytułowej inkwizycji na pewno nie można określić mianem czystego dobra - w ich kodeksie pojedyncze jednostki nie mają znaczenia. I choć cel jest światły, ważą się losy całego ludzkiego świata, to najważniejsze jest tylko dobro ogółu. Niezależnie od kosztów. Śmierć jednostki czy 50 milionów jednostek jest niczym w perspektywie kolejnych tysięcy lat ludzkiej egzystencji.
I to właśnie o tą egzystencję walczy Witeldon Walszarti, boski czempion Inkwizycji, wytwór eksperymentu, który z nieludzką siłą, nieśmiertelnym ciałem i najlepszymi technologiami siejącymi zagładę od tysiącleci toczy walkę z czarcim pomiotem. Niezłomnie wyniszcza kolejne bestie, rozprawia się z wysłannikami piekieł i pozbawia życia ludzkie jednostki, które sprzeciwiają się boskiemu planowi. Witeldon jako prawa ręka Inkwizycji nie baczy na konwenanse, niszcząc każdy cel, który przybliża go do osiągnięcia celu. Z jego ręki zginęły nie dziesiątki, nie setki, a miliony ludzi i demonów, wszystkie w jednym celu. W celu lepszego jutra.
Jutra, które tak naprawdę nigdy nie nadchodzi. Świat, w którym żyje Witeldon przejawia dwie skrajności - z jednej strony totalne ubóstwo, ludzie umierający i zjadający się nawzajem w slumsach, z drugiej strony przepych i bogactwo wyższych sfer mających dostęp do wszelkiego dobra pozostałego po znanej nam dzisiaj ludzkości. Elektryczność jest tylko dla wybranych, podobnie jak słodycze, które dla wielu z nas są tylko dodatkiem, tak w świeci Inkwizycji są wyznacznikiem pozycji społecznej, a także źródłem ekstazy i miłosnych uniesień. Każdy kolejny dzień walk zdaje się nie wpływać na otaczającą Inkwizytora rzeczywistość, a jego walka z każdym kolejnym wiekiem czy tysiącleciem zaczyna coraz bardziej mu uwierać, wykazując coraz większe dozy bezcelowości. Zło istnieje i nigdy nie zginie, podobnie jak nieśmiertelny czempion, który zdążył już przeżyć dziesiątki swoich przyjaciół. Lecz choć wizja kolejnych lat nie jawi się jako renesans ludzkości, to Witeldon nie spoczywa w walce, zagrzewając do walki kolejne serca, choć jego własne zdaje się być zimne jak lód. Nie licząc chwil, w których zdaje się delikatnie topnieć pod naporem dwóch najbliższych jego otoczeniu kobiet, próbujących przebić się do jego ludzkiej podświadomości.
Cała powieść przysparza mi dużo skojarzeń z innymi topowymi seriami fantasy (zarówno świata książek jak i gier), które miałem przyjemność czytać. Rodem z Wiedźmina - gburowatość głównego bohatera, jego relacja z czarodziejką i przyszywana córką, którą uczy fachu, a także nieustanna walka z pomiotami, które zdają się nie mieć końca. Z drugiej strony przepiękny świat wykreowany niejako na wizji świata Warhammera 40.000 - zmechanizowane jednostki, wielkie spluwy, roboty bojowe, specjalne pancerze. A z trzeciej historia, zarys walki dobra ze złem, wiecznej nauki i odkrywania własnych granic rodem z Wampirzego Cesarstwa. Wszystko to składa się jak dla mnie na pozycję idealną, choć nie bez wad.
Właściwie bez jednej, drobnej, która większości może przypaść do gustu - końcowe rozdziały "finałowych" walk, przepełnionych bardzo dobrymi opisami przeciwników, walk i sposobów ich dekapitacji, przekroczyły mój próg odporności. Z przyjemnością przyjąłbym więcej dialogów, które jak dla mnie mocniej budowały portret głównego bohatera i trapiących go wątpliwości, a także bardziej wciągały w wykreowany świat. Jednak nie było to coś co mogłoby zepsuć całościowe wrażenia. Jak dla mnie cały tytuł to majstersztyk.
Wyobraźcie sobie świat, tysiąclecia po karze boskiej. Po rozwiniętej i szczęśliwiej cywilizacji, która była jednak zbyt zapatrzona w siebie, zostały jedynie nieliczne artefakty, z których każdy jest na wagę złota. Wszystko, co kiedyś było oczywiste, teraz można zobaczyć jedynie w nielicznych książkach lub w domach najbogatszych. Roślinność czy zwierzęta to jedynie odległe marzenie, zakładając, że ktoś zdaje sobie sprawę, iż kiedyś istniały. Świat obecny zrobił wszystko by przetrwać, dostosował się. W tej rzeczywistości demony są jak robactwo, które plugawi ziemię. Jedynym, co może je powstrzymać, jest inkwizycja, która gotowa jest oddać życie, za sprawę, w którą wierzy. Nieważne, czy są to hordy demonów, zbuntowani magowie, czy miliony ludzi z każdej warstwy społecznej. Kara boska dosięgnie wszystkich. Niedościgniony w tej walce jest Witeldon, inkwizytor, który ma boże błogosławieństwo oraz tyle samo wrogów, co lat na karku. Jak poradzi sobie z nadciągającą zemstą mrocznych sił?
Główny bohater jest niezachwiany w swoich decyzjach, choć z mojego punktu widzenia jest to działanie nad wyraz (Ktoś chce pozbyć się z domu pająka, więc podpala wszystko. Problem rozwiązany). Oczywiście widać tu, że mając tyle wiosen na karku, woli się pozbyć problemu doszczętnie. Można też powiedzieć, że bije od niego wyższość nad innymi, co czasami bywa drażniące, choć patrząc na kreacje postaci, jest to zrozumiałe. Nieważne jednak, jak bardzo oderwany jest od człowieczeństwa, można dostrzec jego ludzką stronę, przez co łatwiej próbować go zrozumieć. Nawet jeśli sam nie daje nam się do końca polubić, można poczuć do niego sympatię, przez najbliższych mu ludzi, którzy gotowi są zrobić dla niego wszystko.
Jeśli szukacie czegoś, gdzie mrok bije z każdego rozdziału, a postaci nie zawsze są zwyczajnie czarno białe, to gorąco polecam. Mroczna, pełna przemocy historia. W mojej opinii największym minusem jest zbyt rozwlekły opis niektórych zdarzeń. Nie była to też książka, na jeden wieczór. Radzę uzbroić się w cierpliwość. Nie mogę doczekać się kolejnego tomu.
*Książkę dostałam dzięki uprzejmości autora, trzeba zaznaczyć, że została pięknie wydana, jednak polecam się zaopatrzyć w wydanie cyfrowe, jeśli lubicie czytać w przestrzeni publicznej
Witeldon Walszarti to nieśmiertelny i bezlitosny inkwizytor Świętego Oficjum. Jego zadaniem jest ochrona ludzi przed mrokiem zła. Zabija każde napotkane zło. Aż spotka na swojej drodze Jednego z Panów Piekła.
Zacznijmy od tego, jak ta książka jest ślicznie wydana. Ta twarda oprawa, detale, czcionka i niesamowite arty, które są w środku. Przekonajcie się sami!
Myślałam, że to będzie pewnego rodzaju fantasy, a jest to, jakby postapokaliptyczna ziemia, dystopia z elementami fantasy i science fiction. Świetnie są też wplecione elementy biblii i to jak jednak się to kręci wokół Stwórcy – gdyż to właśnie z powodu boskiego gniewu, ziemia, jaką znamy przestała istnieć. Połączenie mocy z gadżetami science fiction niczym z kosmosu.
Jest to naprawdę bardzo orginalna historia, jakiej nie spotkacie nigdzie indziej. Jednak jej treść jest na tyle specyficzna, że nie każdemu przypadnie do gustu. Mnie jednak bardzo się podobał styl autora. Akcja była nieprzewidywalna i trzymała w napięciu do samego końca. Prawopowiedziawszy finał mnie zaskoczył, bo tak Witeldon wygrał bitwę, ale czy wojnę? Właśnie ta końcówka pokazuje, że walka dopiero się rozpoczęła.
Spodobał mi się wątek Ursusa i Amelki, pamiętam, że było mi, ich tak żal, że mogą widwać się tylko raz do roku. Zaintegrowała mnie też relacja Inkwizytora z Lydia. Bezlitosny, mściwy zabójca opiekujący się nią odkąd była małą dziewczynką. Wydał się wtedy już nie taki bezlitosny. I nawet ten strażnik ma swoje słabości, do których nie chce się przyznać – piękną, białowłosą czarnoksiężniczkę. Jednak miałam wrażenie, że w tej relacji ona dużo daje, oczekując czegoś, czego Witeldon nie będzie, nigdy wstanie jej dać.
Minęło parę miesięcy, odkąd czytałam tę książkę, a dalej nie mogę zebrać słów. Czasami pisząc o jakiejś książce zastanawiam się jak opisać, to co czułam w trakcie czytania. „Inkwizycja Grzechy przeszłości” pozostawia czytelnika nie tylko z kacem książkowym, ale i konsternacja, o czym tak naprawdę była ta historia. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się tego, ile razy ta książka mnie zaskoczy i choć muszę przyznać po czasie szczegóły ulatują jednak odczucie wewnętrzne, jakie wywołała zostało. Zacznijmy od wielopoziomowego świata, którego powoli poznajemy i jak czujemy się już w nim pewnie, to on nas zaskakuje coraz to nowymi szczegółami. Nawet były fragmenty, na których powstało parę znaczników co u mnie jest raczej rzadkością. Dla mnie książka trafia na jedną z lepszych, jakie miałam okazję czytać w życiu i wiem, że chętnie przeczytam ją jeszcze raz. Autor w powieści zawarł przemyślenia, które uderzają w człowieka. Sama fabuła nie tylko wciąga z każdą stroną wręcz pochłaniała i sam człowiek nie wiedział, kiedy książka się skończyła, a trzeba przyznać, że ponad 600-set stronicowa książka to nie tak mało. Muszę jeszcze wspomnieć o grafikach zawartych w książce nie dość, że nadają klimatu, to uważam, że jest to ciekawa wstawka, na której warto się zatrzymać i przyglądać szczegółom. Jeśli szukacie czegoś co wgniecie was w trakcie lektury poza tym chcecie poczuć, że ktoś przemyślał to, co chce napisać, a każda kropka i przecinek ma stać w odpowiednim miejscu to to jest coś dla was „Inkwizycja Grzechy przeszłości” autorstwa Witolda Skrzydlewskiego to tytuł, którego nie możecie pominąć.
Za egzemplarz książki do recenzji w ramach współpracy barterowej dziękuję bardzo autorowi.
Książka jest tak potężna i ma drobny druk, że niestety nie jest zbyt poręczna w czytaniu - na szczęście na Legimi znalazłam audiobooka co pomogło mi znacznie szybciej uporać się z tą cegiełką - ale tam nie ma genialnych ilustracji, jak w papierowej wersji. Jest to zaiste opasła lektura, na kilka dni, które w zależności od rozdziałów będą przepełnione walkami albo mniej ciekawymi scenami. Jednakże autor wykazał się umiejętnością w opisie ogromną i bywały fragmenty gdzie miałam ochotę odłożyć książkę i pozwolić wyobraźni ochłonąć. Uwierzcie mi, nie ma tu nic o czym chcielibyście śnić w nocy, ale historia jest ciekawa.
Powieść porównałabym do potrawki, w której mamy mnóstwo różnorodnych składników, na pozór nie pasujących do siebie, a jednak tworzących ciekawe w smaku danie. Czasem trafimy na kawałek selera czy pietruszki, które pewnie część osób zachwycą, a niektórych wręcz przeciwnie, ale razem wszystko tworzy spójną całość, którą nie jest łatwo zdefiniować. Jest to iście oryginalna pozycja, jednak nie dla wykwintnych czytelników lubujących się w sielankach lecz tych, którzy nie boją się demonów z krwi i kości.
Tą powieść polecam tym, którzy mają odwagę stawić czoła każdemu znanemu demonowi, bo ta zdecydowanie się przyda nie tylko bohaterom, ale i czytelnikom.
Książka jest niezłą cegiełką, to trzeba przyznać, że autor poleciał, jeśli chodzi o długość historii. Opowiada ona przede wszystkim o Witeldonie, który na początku wydaje się strasznie złym człowiekiem, ale niech was to nie zmyli, bo prawdziwe zło dopiero się ujawni. Książka jednak nie skupia się tylko na nim, ale opowiada też historie jego towarzyszy, którzy mimo różnorodności tworzą dobry zespół.
Ciągła walka ze złem, dużo krwi i bitew. Jednak książka nie jest tylko o tym. Mamy też tu sporo humoru, przemyśleń bohatera i miłości. Jest to post apokaliptyczna książka, gdzie mamy nawet wspomniane coś o covidzie. Nowa technologia, która służy jako broń bardzo urozmaica całą akcję.
Muszę też poświęcić osobny akapit temu, jak książka wygląda. Okładka cudowna i sporo zdradza. Ilustrację w książce są genialne i sprawiają, że aż lepiej się czyta te wszystkie krwawe bitwy. Same rozpoczęcia rozdziałów wyglądają dobrze, a do tego mamy różnego rodzaju cytaty. Powieść ma ponad 600 stron i jest dość niewymiarowa, ale czyta się ją naprawdę dobrze i szybko. Akcja ciągle się toczy, więc nie można narzekać na nudę. Przez wielkość książki byłam trochę sceptycznie nastawiona i myslalam, że będzie dużo lania wody, ale kompletnie niepotrzebnie!
Prawdziwa przyjemność w zagłębianiu się w świat odmalowany przez autora. Czytając nie mogłem się nadziwić, że napisała tą książkę tak młoda osoba. Markerem powinienem mieć ją poznaczoną od lewej do prawej, od okładki do okładki żeby tylko móc szybko wracać do odpowiednich fragmentów.