Val Tsumashi jest księżniczką królestwa Ita, znanego z bycia najbogatszym — oraz jednym z kilku podchodzących nienawistnie do gatunku Lumii, na który składają się elfy oraz czarodziejki, zwane Dzieciami Bogini Słońca i Śmierci Lumor. Sama Val można rzec jest zamknięta w pałacu i niczym marionetka musi zgadzać się na wszelkie decyzje. Historia zaczyna się właśnie od jej przyjęcia zaręczynowego z księciem sąsiedniego królestwa, by zacieśnić sojusz... Jednak to nie następuje, bowiem Val umiera na nim. Zanim jej dusza odpływa w zapomnienie, bogini Lumor zabiera ją do siebie. Przekazuje okrutną prawdę, że została zamordowana, ale daje jej szansę zemścić się na swoich oprawcach — warunek jest prosty. Val ma przyjąć jej Błogosławieństwo, stając się tym samym półbogiem zwanym Nybrisem. Oczywiście nie ma tak łatwo — i choć nowe życie Val staje się nieskończone, może zostać zakończone, gdy jej serce w stanie zakochanie zostanie przebite sztyletem ze szczyptą magii. Val rusza za swoimi oprawcami bez wiedzy, że ktoś czyha i na nią...
***
Po powyższym opisie można by pomyśleć — wow, to będzie naprawdę niezłe. I też zadać sobie pytanie — co może pójść nie tak? W zasadzie... wiele. Wyprzedzając, byłam pozytywnie nastawiona do tej historii oraz ciekawa, co takiego autorka, którą od roku śledzę na Tik toku, zawarła w tej historii.
Niestety, rozczarowałam się. I tylko sumienie, żeby nie skreślać w całości tej historii, fakt, że to fantasy — oraz naprawdę ogromny potencjał sprawiły, że nie wystawiłam jednej gwiazdki. A najważniejszy warunek został spełniony — w pewnych momentach byłam wkurzona na to, co się działo.
Ale po kolei. Zwykle zaczynam takie pogadanki od strony technicznej, ale wyjątkowo zrobię to potem, bo chciałabym najpierw wprowadzić w świat. Który... Miał potencjał i naprawdę ciekawił. Sam wątek Słońca oraz Śmierci był fascynująco poprowadzony, cała mitologia wyszła zdecydowanie na plus. To, co w kreacji świata mnie najbardziej zawiodło to... gatunek Lumii. Zdaję sobie sprawę, że miałam do czynienia z romantasy 18+, ale na litość — czy naprawdę gatunek czarodziejek oraz elfów, które można ciekawie wykorzystać, ma w głównej mierze definiować nie ich odmienność (która została podkreślona tylko kolorowymi włosami lub spiczastymi uszami) i moc (o której mieliśmy jeszcze mniej), a to, że mają częściej ochotę na zbliżenia cielesne? Miałam wrażenie, jakby to miało być pewne usprawiedliwienie mnogości takich scen — bo nawet gdyby usunąć ich połowę, byłoby ich wystarczająco dużo. Zdaję sobie sprawę, że tu może przemawiać przeze mnie moja własna osobowość, ale naprawdę żałuję, że coraz częściej w fantasy ważną kwestią jest to, czy ktoś umie doprowadzić do orgazmu. Oczywiście można byłoby to wyjaśnić tym, że Val obawia się zakochać przez dany przez boginię warunek śmierci — ale sama Lumor wspominała jej, że może się zakochać, ale musi wtedy chronić serce. Także tutaj trochę nie rozumiem, ale do samej postaci Val jeszcze dojdziemy.
Co do fabuły, to nie będę czepiać się za bardzo. Była wciągająca, właściwie to ona sprawiała, że wracałam do tej książki z małą chęcią. Plot twisty może nie sprawiały, że miałam wybuch mózgu, ale faktycznie wywoływały zdziwienie i dawały taką nadzieję, że będzie się sporo działo.
Niestety, nawet wciągająca fabuła lub świat fantasy, które jest moim ulubionym gatunkiem, nie wynagrodzi tego, co w tej książce zdecydowanie się nie udało — bohaterowie. Z czwórki tych najważniejszych tylko Finn mam wrażenie był faktycznie pogłębioną psychologicznie i charakterem (a co do innych, to jeszcze moją sympatię zyskał Oryx, brat Val, i senator — gość miał takie teksty, że nie raz zaśmiałam się, jest po prostu wspaniały). Pozostali, czyli Ryo, Jass i główna gwiazda wieczoru Val, nie mieli na tyle ukazanych charakterów, by ich działania były zrozumiane. Moim zdaniem Ryo było po prostu za mało — dowiedzieliśmy się właściwie tego, że jest czarodziejką w żywiole wody, niemalże ślepo wierzy w wytyczne Zakonu i jej relacja z jedną bohaterką. I właściwie tyle. Przez to to, co potem zrobiła, wywołało we mnie straszną nie satysfakcję, bo jej decyzja nie była zbyt pogłębiona.
Jass właściwie był do wykreślenia na pierwszych stronach już. Od kpienia z Ryo, że "pewnie cieszy się, że nowy Nybris jest kobietą, bo nie będzie musiała go zadowalać w TEN sposób" po nienawiści do Val przez to, że JEST KOBIETĄ... aż po masę zbliżeń z nią. Nie chcę tutaj spoilerować, ale nawet to nie sprawia, że Jass wydał mi się fascynujący. Bo też nie mieliśmy go na tyle sporo, byśmy zrozumieli w pełni jego motywy.
Jednak dość o postaciach, o których tak jak mówiłam nie mamy za wiele, a skupmy się na najważniejszej... Val. O matko. Rozumiem, że autorka chciała wyjść naprzeciw schematowi dobrej bohaterki i stworzyć antagonistkę — tylko że to kompletnie nie wypaliło. Mam wrażenie, jakby tylko świadomość, że trzeba dać Val jakieś konkretne powody do takiej zmiany, zmusiła do wątku chociażby tych wątpliwości Val. Żeby nie było, uwielbiam postacie, które rozmyślają nad tym, czego dokonali lub co mogą dokonać, z różnych perspektyw — ale do tego trzeba odpowiedniego wgłębienia w tę postać. Przy Val kompletnie tego nie doświadczyłam, zwłaszcza że przejawiła jedną z najgorszych kalek protagonistów — ta wkurzająca do granic hipokryzja. Sama zarzucała Ryo i Jassowi, że jej nie ufają etc., ale sama nie zamierzała wyjść im naprzeciw i pokazać, że jest godna zaufania. A kiedy zaczęła ni z gruszki ni z pietruszki wyjeżdżać, że Ryo ją zdradziła, miałam takie "Girl, are you normal?".
Być może ona sama lepiej by wybrzmiała, gdyby z technicznej strony lepiej poprowadzono tę historię. Nie będę mówić o kilku literówkach, które były dość kłujące w oczy, bo co innego zwróciło moją uwagę. Autorka postanowiła skorzystać z narracji 3-osobowej i jak najbardziej to rozumiem, bo to częsty zabieg w fantasy — tylko że tutaj to też nie zadziałało. Z jednej strony czuć to uporczywe staranie się zrobienie wszechwiedzącego narratora, który wie wszystko o wszystkich — jak mówiła moja polonistka, siedzi na żyrandolu i obserwuje każdego w pokoju po równi — ale frazy, jakich używała (że np. "Bohater widział, że inny bohater czuł się niezręcznie") wpisuje go w bardziej personalną. Ale tutaj też nie ma tak prosto, bo często ot tak narrator potrafił przeskoczyć do innego bohatera — i to w trakcie jakiejś akcji, nie było to urwane w postaci nowego rozdziału czy fragmentu po ***. Wybijałam się przez to z rytmu.
Moim zdaniem też zmarnowanym potencjałem było, przy jednoczesnej próbie towarzyszenia innym bohaterom, skupianie się na Val. Bo, tak jak wcześniej wspominałam, innych bohaterów nie mieliśmy na tyle, by zrozumieć ich motywy, a to naprawdę by mogło załatać niektóre błędy. I to tylko moja sugestia, ale jeśli historia miała skupiać się na odczuciach Val, tym, jak zmienia się w czarny charakter — można byłoby pokusić się o rozdziały z jej perspektywy z pierwszoosobowej. Bo dzięki temu i ona sama by lepiej wybrzmiała, znalibyśmy jej myśli na bieżąco i to, jak odbiera świat.
Szkoda, ale niestety. Naprawdę liczyłam, że coś uratuje Słoneczny Gon, ale tak jak wspominałam, tych elementów było jak na pęczki. To, co uratowało ją przed jedną gwiazdką, to zakończenie i ten jeden bohater, o którym nie powiem za wiele, bo dla niego warto przeczytać (jeden z niewielu). Oczywiście przeczytam kontynuację, gdy ta wyjdzie, i mam nadzieję, że wyjdzie o wiele lepsza od tej części. Życzę tego autorce, bo naprawdę czuć, że ma pomysł i chęci — i niech to jej nie opuszcza.