W moje wakacje od paru lat wpisane jest sięganie po kolejne pozycje polskiej noblistki Olgi Tokarczuk. Tym razem jeszcze bardziej pospiesznie chciałem to zrobić, będąc świeżo po kilkunastu dniach spędzonych na Festiwalu Góry Literatury, w trakcie którego miałem okazję spotkać (a nawet przytulić!) najbardziej docenianą przeze mnie współczesną pisarkę. Książka z dedykacją "Mikołajowi z serdecznością - Olga Tokarczuk" nie mogła dłużej stać na półce.
"E.E." to czwarta powieść Tokarczuk na moim koncie i chyba najmniej ulubiona. Brakowało mi w niej tego, czego szukam i co doceniam w jej książkach, czyli zgrabnych myśli, aforyzmów, fragmentów próbujących jakoś to nasze życie i otaczający nas świat - materialny czy duchowy - zdefiniować. Było ich kilka, ale praktycznie żaden z nich nie rezonuje ze mną na tyle, aby pozostać w mojej głowie na dłużej. Jeden kosmogoniczny koncept zrobił jednak na mnie na tyle duże wrażenie, że z pewnością o nim szybko nie zapomnę - Bóg na początku istnienia czasu dokonał samozniszczenia (Wielki Wybuch), wszystko, co istnieje, w tym my, jest częścią boskiego ciała, które dąży do dalszego rozpadu (czas jest jego miarą), a "naszym zbawieniem jest nieistnienie". Jak się do tego doda wewnętrzne dylematy, dlaczego Bóg pozwala na wojny? dlaczego nie pomaga chorym i biednym istotom? dlaczego rozwój ludzkości prowadzi do niszczenia planety?, i że Jemu właśnie o to chodzi, to to wszystko nawet ateistę może przyprawić o zawrót głowy, czego jestem idealnym przykładem. Brakowało mi rozwinięcia wątku dojrzewania i braku podmiotowości Erny Eltzner, którą traktuje się jako obiekt badań, atrakcję dla widzów, a nie jako osobę - zostało to jedynie powierzchownie muśnięte, a szkoda.
"E.E." dotyka sfery duchowej, jest to momentami meta-powieść, którą trudno jest odczytać bez znania szerszego kontekstu. Tokarczuk inspiruje się tutaj pracą doktorską Carla Gustava Junga (na którego punkcie ma, swoją drogą, obsesję) "O psychologii i patologii tzw. zjawisk tajemnych"; jeden z bohaterów jest nawet wzorowany na tym szwajcarskim psychiatrze. (Ciekawostka: to właśnie Jungowi zawdzięczamy istnienie takich pojęć jak ekstrawersja, introwersja, kompleks czy archetyp.) Ja niestety nie miałem okazji zapoznać się z tą pracą, natomiast nie wiem nawet, czy dałoby mi to cokolwiek, bo naukowe fragmenty notatek jednego z bohaterów, Artura Schatzmanna (tego stworzonego na wzór C.G. Junga), były dla mnie niejasne, momentami całkowicie niezrozumiałe. Książka ta zawiera jednak także bardzo czytelne nawiązania. "E.E." jest świetnym przykładem książki intertekstualnej, w której nawiązania do całej romantycznej i pozytywistycznej twórczości (szczególnie jednak do ballady "Romantyczność" Mickiewicza, "Króla Olch" Goethego i dualistycznej natury Wokulskiego) oraz toposu theatrum mundi widać gołym okiem, przez co chce się cofnąć do pisania rozprawek i użyć jej jako przyzwoity kontekst literacki.
Książka ta będzie na pewno nie lada gratką dla znawców psychologii. Dla mnie była naprawdę dobrą rozrywką i uwerturą do zgłębienia tajemnic ludzkiej duszy i umysłu. Polecam wszystkim osobom chcącym w pełni poznać twórczość Olgi Tokarczuk, odradzam ją jednak osobom niemającym do tej pory styczności z prozą Noblistki.