Od pierwszych stron, czuć, że ta książka ma swoje lata... Dość powiedzieć, że akcja rozgrywa się na początku lat 80., więc trzeba być gotowym na więcej wywracania oczami niż zwykle. No i sam styl autorki, składnia, dzisiaj się już tak nie pisze. "Wręczył jej rysunek. A wówczas dłoń jego otarła się o jej rękę." Czyż to nie brzmi pięknie i tak... dystyngowanie?
Po dramatycznym początku (już na starcie dowiadujemy się, że matka głównej bohaterki zginęła wiele lat temu PORAŻONA PIORUNEM, a ojciec umiera w pierwszym rozdziale) dostajemy niekoniecznie harlekinową historyjkę.
Laura, świeżo po studiach dziennikarskich, musi wrócić do domu i ratować podupadającą, zadłużoną gazetę, którą w spadku zostawił jej TATUŚ (inaczej go nie nazywa). Z racji tego, że to przedsiębiorcza dziewoja twardo stąpająca po ziemi i doświadczona w biznesie (mimo swoich zaledwie 21 lat), szybko zaczyna wprowadzać nowe porządki. Jak również zatrudnia nowego redaktora naczelnego. Potem już wiemy, co się dzieje, bo książka wraca na bardziej harlekinowe tory.
Jest napięcie, jest namiętność, są łzy, jest wredna tleniona eks z planem zawładnięcia światem... a nie, pomyliło mi się, jednak tylko z planem skłócenia kochanków i odzyskania Nicka. Jest dramatyczna końcówka (nie równie dramatyczna jak początek niestety, nikt nie umiera, chociaż blondyna byłaby niezłą kandydatką na ofiarę zdesperowanej Laury), jest wielkie oszustwo w dobrych intencjach, jest w końcu pierścionek z brylantem.
I wszyscy żyli długo i szczęśliwe. Poza matką i ojcem oczywiście.