Gugara to książka o mieszkańcach syberyjskiej osady otoczonej ciszą. "Gugara" to dźwięk dzwonków na szyi reniferów, niesie się daleko. W brezentowym namiocie zawsze pali się nieduże ognisko. Tatiana wygrywa w warcaby, jej mąż Dmitrij patrzy za uciekającym dymem, myśli o kosmitach, Spartanach, o dziadku szamanie pochowanym w gałęziach drzewa, pali papierosy. Nie pali syn Maksim, dopiero się uczy, i stary wilczur Sułtan. Nie palą też duchy zatopione deszczem. Czytają w zeszycie przez ramię przybysza słowa w obcym języku. Gugara to literatura niespiesznego faktu i reportaż z kilku spokojnych dni na północy Kraju Krasnojarskiego u progu jesieni.
1,5 gwiazdki. Książka, która sama nie wie, czym właściwie jest. Rozumiem zamysł, rozumiem skąd bierze się pochwała Stasiuka na tylnej okładce, tyle że moim zdaniem nie wyszło. Temat fascynujący i Dybczak z pewnością starał się oddać atmosferę życia Ewenków. Jednak żeby z niechronologicznie i pozornie przypadkowo powrzucanych do książki fragmentów wyłonił się obraz spójny i ciekawy, trzeba mieć zdecydowanie więcej i talentu i pomysłu (jak chociażby posiada sam Stasiuk, na którym Dybczak wydaje się wzorować, niestety nieudolnie). Tutaj wyszło to marnie i zwyczajnie nudno. Atmosfera miejsca i życia przygnieciona sileniem się na poetyckość, "prawdziwe życie" znużyło dialogami, które miały na celu chyba tylko wypisanie jak największej ilości wulgaryzmów, bo stanowiły one główną tych dialogów treść. Rozumiem, ze tak mówią do siebie ludzie w rosyjskiej wsi, ale po co specjalnie przytaczać którąśnastą wypowiedź z nich się tylko składającą? To ma szokować, dziwić? To w Polsce tak nie jest? Czy też to właśnie autor rozumie jako "realia" i "autentyczność"? Cóż. Chwilami autor dotyka naprawdę ciekawych tematów, po to tylko, żeby je zostawić bez jakiegokolwiek rozwinięcia. Po reportażu, nawet fabularyzowanym, nawet poetyckim spodziewam się jednak trochę więcej. Na przykład, że autor troszkę się przygotuje do opisywania tematu i się tą wiedzą ze mną podzieli. A tak, to dostajemy książkę ni to podróżniczą, ni to fabularną, ni to reportaż... Dobrze, że krótką, inaczej umęczyłaby okrutnie.
Ciekawy temat, bardzo pięknie opisany, z ogromnym potencjałem... Ale wyszło zbyt chaotycznie, poszczególne rozdzialiki często wyrwane z kontekstu, bez puenty. Zbyt mało dowiadujemy się o bohaterach.
Gdzieś na północy Kraju Krasnojarskiego żyje grupa ewenkijskich pasterzy renów. W ten świat wkracza obcokrajowiec Andrzej, by przez kilka tygodni, gdy na zewnątrz krach jesieni, mieszkać razem z nimi, pić, grać w szachy, rąbać drewno, chodzić do lasu i rozmawiać. Miejscowi początkowo patrzą na niego jak na egzotycznego ptaka, który zadaje dziwne pytania i przejechał aż taki świat drogi, by patrzeć na to, co dla nich zwykłe i codzienne - życie w czumach, pośród wymagającej przyrody. Szybko zmieniają perspektywę i oswajają obcego - może przez to, że żyje dokładnie tak jak oni i chętnie bierze udział we wszystkim, co mu zaproponują. Z tego spotkania powstaje piękny opis małej społeczności, w czasie, gdy wszystko już skłania się ku zimie - czuć ją w coraz chłodniejszym powietrzu o poranku w czumie i w każdej rozmowie.
7/10 trudno czytac ze swiadomoscia, ze czyta sie o wymieraniu czesci historii, mega wzruszajaca podroz dla mnie ciezko wbic sie w reportaz od poczatku bedac wrzuconym w imiona i brak jasnej przynaleznosci kto z kim obejrzec dokument