Prozatorski debiut filara reportażu gazety Wyborczej to przejmujące wspomnienie dorosłego syna o dojrzewaniu w PRLu. Na dwóch planach - tym sprzed lat i współczesnym. Dowiadujemy się co zdarzyło się w latach 70. i 80. w M-2 w otoczeniu poniemieckiego pianina z Bydgoszczy, rudo-brązowej wersalki i pralki, którą rodzina za talony kupiła tuż przed stanem wojennym. Mamy tu wszystkie smaki i katastrofy ludowej ojczyzny: szkołę (z całym jej ówczesnym sztafażem), rodzinę (z życiem w bloku i trwogami dnia powszedniego), kolonie (z pogonią za przyjaźnią), górskie wędrówki z ojcem (z fascynacją dorosłością) i Papieża, Solidarność, stan wojenny, Jaruzela, zabicie Przemyka i Popiełuszki itd. To jednak nie PRL jest głównym bohaterem opowieści, ale współczesna relacja syn-ojciec. Syn, który teraz, jako dorosły człowiek musi zaopiekować się swoim niedołężnym ojcem. I tak syn staje sie ojcem, a ojciec synem. To walka ojca z synem o tożsamość.
Kolejna sentymentalna podróż, tym razem do młodości w PRL-u, w którą autor wyrusza dla siebie, a my się temu przyglądamy, bo nam pozwolono. Bez tabu, bezpośrednio, może nawet zbyt? Momentami trudno przyjąć tę historię, ale tyle tu przestrzeni na rozmyślania o człowieczeństwie, że chyba warto.
Wojciech Staszewski przygląda się sobie, a szkłem powiększającym jest relacja z ojcem. Brzydka, odrażająca starość schorowanego ojca przeplata się z młodością autora, która też bywa niespecjalnie piękna.
Mocna, bezpretensjonalna opowieść, na którą na pewno nie wszyscy będą mieli ochotę. Nie zachęcam, choć doceniam to spotkanie.
książka o relacjach w trudnych czasach PRL'u i o dorastaniu, kiedy to było niewiele możliwości wyboru. Góry i na codzień kościół, piłka, przyjaciele i ta nieporadność w seksie. Tak jak w PRL'u wszyscy byli do siebie podobni.
Strasznie mi się podoba ta powieść (reportaż? wspomnienia?). Opowiedziana z dwóch perspektyw - dziecka a następnie młodego, dorastającego chłopaka oraz dorosłego. Dobrze opowiedziany temat opieki nad dorosłym, niedomagającym ojcem. Świetna ilustracja dorastania w czasach PRL. Super!
est to książka o dwóch sprawach i właściwie nie wiadomo, która z nich jest ważniejsza. Pierwsza sprawa to ojcostwo, a druga sprawa to PRL. Staszewski chciał, aby jedna z drugą się zgrabnie połączyła, ale mu to nie wyszło. Nie pomniejsza to wartości tej książeczki, która sama w sobie jest wspaniała.
Czytałem tę powieść chcąc nie chcąc przez pryzmat kompletnie nieudanych “Znaków szczególnych”. To, co zupełnie nie udało się Paulinie Wilk i za co z kompletnie dla mnie niezrozumiałych powodów zebrała górę nagród, Staszewski zrobił w ojcu.prl genialnie. I choć chronologicznie bliżej mi do lat osiemdziesiątych opisywanych przez Wilk, to zdecydowanie bliższe mojej wrażliwości są obrazy dojrzewania starszego ode mnie o dekadę Wojtka Staszewskiego. I to jego opowieść kupuję w całości.
Kupuję też pomysł Staszewskiego, który skonstruował swoją opowieść na krótkich impresjach plączących peerelowską przeszłość z teraźniejszością. Powroty do lat 70. kiedy ojciec bohatera zabierał go na piesze wędrówki górskie przeplatają się z mocnie dosłowną relacją z powolnego umierania tegoż taty.
Trzeba tu docenić konsekwencję w unikaniu nostalgii i cukierkowania PRL-u, które często zdarzają się u piszących powieści o dzieciństwie. Staszewski pisze o nim raczej jako o pasmie zmagań z oporną naturą rzeczywistości tych czasów, ale również jako o nieustannym zmaganiu i walce z tymże ojcem, o nagłej śmierci matki, o gospodarce permanentnego niedoboru.
Dzieciństwo w tej Bildunsroman nie jest, na szczęście, usłane z miękkich poduszek. Nigdzie wcześniej nie spotkałem się z tak autentyczną jak u Staszewskiego relacją z dojrzewania seksualnego i tak wprost opowiedzianej monotematyczności świata nastolatka odkrywającego świat płci przeciwnej. W pewnym wieku naprawdę wszystko się kojarzy z seksem i Staszewski jest jednym z niewielu, którzy mają odwagę to powiedzieć.
Z rzeczy ważnych, o których mówi ta książeczka, najważniejszą jest wnikliwe studium relacji ojciec-syn, którą autor bardzo dobrze zrozumiał i opowiedział, zgrabnie balansując miedzy uniwersalnością a autobiograficznością. Nie jest to opowieść uniwersalna – opisuje sytuację rodziny wyjątkowej. Nie jest to też opowieść całkowicie subiektywna – opisuje problemy, które są chyba powszechne w relacjach ojca z synem.
Sprawy z rodzicami są prawie zawsze skomplikowane i chyba nigdy nie oparte na bezwarunkowej miłości i pełnym oddaniu. Staszewski pisze o tym bez udawania, na przykład wtedy, gdy zdaje relację z pielęgnacji zaszczanego i osranego ojca, w pełnej fazie demencji rzucającego bluzgi na swojego syna. Ale również wtedy, gdy ten ojciec, trzydzieści lat wcześniej, ponad obowiązki ojcowskie wybiera romanse i bujne życie towarzyskie.
Chociaż zawsze czytam reportaże Staszewskiego w Wyborczej i cenię jego działalność popularyzującą jogging, to jest on dla mnie przede wszystkim niedocenionym autorem genialnych piosenek w duchu Dylanowskim, krążących przez cały czas gdzieś po sieci. Pojawiające się w tej twórczości wątki kolejek podmiejskich, celestynek w koszulkach Nirvany i barów piwnych trafiają wprost do mojego serca. Podobnie trafiły doń reminiscencje Staszewskiego z dojrzewania w socrealizmie zgromadzone w tej skromnej, ale pełnych cudownych magdalenek książeczce.