Póki autor trzyma się faktów to jest to dobry reportaż, to na czym się kompletnie wykłada to jego wnioski, zwłaszcza spekulacje "dlaczego".
Książka jest świetnie napisana, bardzo wciągająca, dzięki temu przeczytałam ją dosłownie w dwa dni, mimo znacznej objętości, ale jednocześnie dzięki temu byłam w stanie złapać nieścisłości wewnątrz tekstu. A co z tymi rzeczami, których nie jestem w stanie wyłapać, ani w żaden sposób zweryfikować, bo zwyczajnie nie mam dostępu do akt ani nie znam realiów wystarczająco dobrze?
Przykład - chłopcy w czytelni kazali wstać wszystkim, którzy noszą białe czapki, informacja zostaje podana w taki sposób jakby to było bezcelowe, strzelcy wybierali sobie cele całkowicie jako kaprys. W innym miejscu, w innym kontekście pada informacja, że w Columbine sportowcy nosili białe czapki. W kolejnym miejscu pada informacja, że oni na pewno nie chceli zemścić się na sportowcach, bo "dlaczego mieliby strzelać do sportowców, przecież powszechnie wiadomo, że sportowcy nikogo nie prześladują". Red flag.
Główny problem tej książki jest taki, że autor swoje opinie przedstawia jako fakty, trzeba być niezwykle czujnym, żeby nie dać się na to nabrać. Gdzie są przypisy? Jak można napisać, że takie a takie zachowanie to książkowy przykład psychopatii i nie podać według jakiej książki?
Często pojawiają się słowa typu "zawsze", "wszyscy", co uznaję za spore nadużycie, przykładowo "wszyscy strzelcy, to zawsze biali chłopcy z dobrego domu", cokolwiek znaczy dobry dom, lub "wszyscy eksperci pracujący przy sprawie zgodzili się co do tego, że prześladowania w szkole nie można brać pod uwagę jako motywu", ale nie przytacza tych ekspertów z nazwiska, ani nawet nie podaje ich fukcji czy etapu prowadzenia śledztwa. Red flag.
Dorośli w tej sprawie właściwie mają wystawione laurki. Dyrektor szkoły - święty człowiek. Co prawda, Cullen wspomina arykuły prasowe, które opisują systemowe prześladowania w Columbine, pozostawione bez żadnej reakcji ze stony kadry, dla niektórych grup dzieci szkoła była piekłem, ale zrzuca to na karb sensacyjnych, krwiożerczych brukowców, dzienikarze rzucili się jak sępy na gorący temat. Stwierdza również, że ofiary tragicznych wydarzeń często zapamiętają rzeczy, których nie było, mieszają fakty, tworzą fałszywe wspomnienia, i o ile jest to zasadne jeśli chodzi o sam dzień strzelaniny, to ciężko ten sam mechanizm dotyczący pamieci stosować również do wydarzeń, które wydarzyły się tygodnie, miesiące wcześniej. Cullen komentuje nagranie gdzie widać Erika i Dylana usmarowanych keczupem, zamkniętych gdzieś, ale uznaje, że chłopcy sami obrzucili się jedzeniem. Komentuje nagranie, na którym widać, że obaj chłopcy są wyzywani przez innych, ale uznaje, że to zwykłe nastoletnie kłótnie, nic na co warto by reagować, nic co by miało wpływ.
Bardzo umniejsza wpisom do dziennika, gdzie Eric opisuje prześladowania jakich doświadcza, zrzuca to na karb psychopatii i ogólnych zaburzeń psychicznych, a także wspomina, że chłopak pisał o tym rzadko, więc to raczej nieistotne.
Rodzice sprawców dostają laurki, nic nie wiedzieli, nic nie mogli zrobić. Za to matka jednej z ofiar, zostaje sportretowana jako ta, która chciała zarobić na śmierci córki, wydając o niej książkę. Wobec innej wysuwa pytanie ile trwa normalny okres żałoby, kiedy będzie w stanie się otrząsnąć i żyć dalej. Ojciec innej ofiary jest ukazany jako ten, który nawet po latach nie potrafi pozbyć się wewnętrznego gniewu i ciągle szuka winnych wśród władz publicznych, a mógłby już odpuścić bo nikt nie potrzebuje tego gniewu. Bardzo nierówno są rozłożone te akcenty, intuicja podpowiada mi, że wiele zostało przemilczanie jeśli chodzi o rodziny strzelców.
Służby stanowe, biuro szeryfa, różni oficiele są opisani troszkę mniej przychylnie, ale wciąż z dużą dozą łaskawości biorąc pod uwagę fakt, jak wiele było nieprawidłowości w tej sprawie, zaginione dokumenty, matactwa, brak transparentności, ukrywanie informacji przez lata. Może i kłamali wiele lat, ale za to zdąrzyli przejść na emeryturę zanim prawda wyszła na jaw, więc nie musieli ponosić odpowiedzialności. Służby, w tym SWAT (!), zostają rozgrzeszeni, bo może i źle zadziałali, ale skąd mogli wiedzieć co zrobić kiedy ktoś strzela.
Dyrektor super, nauczyciele super, rodzice super, szkoła super, wszystko super. Wniosek - Eric to urodzony psychopata, nic nie dało się zrobić, urodził się by zabijać, drugi hitler, Dylan to jedynie jego marny pomagier, wręcz bezwolny, zrobił to z powodu depresji. Bardzo nierówno rozłożone akcenty i jednoznaczny wyrok.
Nie twierdzę, że którykolwiek z chłopaków jest niewinny, lub nie był psychopatą, nie miał problemów, natomiast całkowite usuwanie z równania szkolnych prześladowań i jakichkolwiek czynników środowiskowych czy systemowych wydaje się bandyckie. Cały segment dotyczący diagnozowania chłopców przez Cullena wydaje się być mocno naciągany i podpierany argumentami, które akurat wygodnie pasują do jego tezy.
Wyjątkowo niesmaczny jest fragment gdzie autor spisuje swoje fantazje na temat tego, jakie mogły być ostatnie chwile strzelców.
Całkowie przemilczany jest decydujacy czynnik, czyli systemowy dostęp do broni. To zdaje się nie mieć w ogóle żadnego wpływu na sam fakt występowania strzelanin w szkołach. Zasadnicza różnica między US a resztą świata polega na tym, że może i w Polsce ktoś chiałaby się zemścić, ale nie kupi strzelby w Biedronce, natomiast w US już tak, ale autor wydaje się zupełnie nie zauważać tego problemu ani oczywistych korelacji. Tym sposobem jest dla niego kompletną tajemnicą dlaczego takie tragedie w ogóle mają miejsce.
Jedyne o czym wspomina, to że broń na targach broni jest dostępna dla osób nieletnich, a to nawet nie był sposób w jaki chłopcy pozyskali broń. Kupiła ją dla nich koleżanka, która była pełnoletnia, również uczennica liceum.
Usuwając te dwa czynniki, czyli bulling i systemowy dostęp do broni okazuje się, że przyczyną były tylko i wyłącznie osobnicze cechy strzelców, zwłaszcza Ericka, psychopatia i depresja, żadne inne czynniki środowiskowe nie miały ostatecznie wpływu na katastrofę, oraz nikt nie mógł nic zrobić by przeciwdziałać masakrze. Kłamstwo uszyte naprawdę grubymi nićmi, miłe kłamstwo, które pozwala się dobrze i bezpiecznie czuć oraz zrzucić jakąkolwiek odpowiedzialność z systemu. Dodatkowo jeśli to wszystko zostało tak zmontowane, to dla autora zupełną zagadką pozostaje również to, dlaczego tak wiele przyszłych strzelców tak mocno inspirowało się Erickiem i Dylanem, dlaczego próbowali powtórzyć ich wyczyny i dlaczego stanowią tak więlką fascynację w pewnych kręgach.
Jest to potoczyście napisany reportaż, bardzo emocjonany, autor w końcowej fazie sam siebie określa jako kolejną ofiarę Columbine. Daje do zrozumienia, że jest dużo niejasności, i mimo że tyle osób pracowało przy tej sprawie, to on jeden zna faktycznie całą prawdę i tylko prawdę. Nie jestem w stanie w to uwierzyć.
Ostatecznie uważam, że ta książka stanowi raczej opis pewnej psychozy, zafiksowania się autora na sprawie strzelaniny w Columbine, zwłaszcza na sylwetkach strzelców, niż faktycznie realną analizę masakry.