Na tle ogromu Wszechświata jesteśmy tylko nieistotnym pyłkiemCała nasza historia, największe wynalazki, krwawe wojny, burzliwe rewolucje zamknięte w mikroskopijnej cząstce kosmosu. Oto planeta, którą przez tysiąclecia czyniliśmy sobie podległą.Rok 2055. Nadszedł czas by poszukać sobie nowego domu. Ziemia jest już kompletnie wyjałowionym globem.Przeklęty straszliwym proroctwem, skazany tajemniczym komunikatem łamiącym zasady przyczynowo-skutkowe, statek „Marek Aureliusz” mknie przez kosmiczną pustkę. Daleko za pas Kuipera i obłok Oorta. Ostatnia nadzieja ludzkości. Największy, najbardziej zuchwały krok. Być może w śmiertelną przepaść.W ciszy kosmosu pytania o prawa rządzące Wszechświatem, Boga, sens i cel istnienia brzmią głośno. Zbyt głośno. Ktoś może je usłyszeć. Ktoś kto zna odpowiedzi...
Kuriozalna mieszanka Dänikena, teorii spiskowych, młodzieżowej encyklopedii (wszechstronnie wykształceni naukowcy nie wiedzą np. co to są liczby pierwsze, więc konieczny jest wykład na ten temat) i religijnego moralitetu (w kosmosie czai się Szatan himself, a klonowanie i kontrola urodzeń to największe zło), zawinięta w prostą jak drut akcję (ekspedycja leci i dolatuje, znajdując tam to, czego się na początku obawiano), wzbogacona galerią tekturowych postaci i okraszona sztampowymi dialogami. Jedyny plus jest taki, że językowo rzecz jest napisana o tyle sprawnie, iż czyta się bez zbrzydzenia. Z drugiej jednak strony - po co marnować czas na przedzieranie się przez 350 stron słabizny...?
Uważam, że Domagalski zasłużył na mocne trzy na pięć, bo sam koncept książki jest całkiem niezły. Żeby go objąć, trzeba mieć coś tam liźnięte na poziomie głębszym niż głupkowatość większości space oper. Na przykład bez znajomości rozwoju gnostycyzmu koncepcja szatana jest tutaj nie do poprawnego odczytania. Zakładam, że to rodzi niskie oceny.
Nie da się jednak tej książce dać więcej, bo ona jest jednak nieudźwignięta na poziomie literackim, choć na pewno nie można jej nazwać grafomanią.
Zmęczyłem tę książkę... a jest bardzo męcząca, choć krótka. Zaczęła się ambitnie - konflikt religii i nauki, problemy przed jakimi staje wiara w obliczu pierwszego kontaktu. Naiwnie wierzyłem, że o tym będę czytał. Ale okazało się szybko, że jest też tu spisek satanistów chących przywołać diabła z Proxima Centauri i potrafiący rzucać zaklęcia modyfikujące pamięć oraz papiescy super-agenci zabijający w imię pradawnych proroctw greckich wyroczni. Po chwili zamieniło się to w fanfika Battlestar Galaktici - z utajonymi agentami, którzy nie wiedzą, że są agentami. Może dałbym się porwać tej naciąganej we wszystkie strony fabule, ale autor tego też nie rozegrał dobrze. Postacie skonstruowane są płytko i infantylnie, a akcja poprowadzono bardzo nieudolnie. Przez kilka rozdziałów bohaterowie nic właściwie nie robią tylko cytują sobie teorie naukowe i komentują mijane planety. Inna sprawa, że co mogliby robić przez trzy lata podróży? Autora konikiem musi być astrologia, bo bardzo pieczołowicie opisuje każde z tych ciał niebieskich. Również z przesadnym pietyzmem prowadzi naukowe dywagacje między bohaterami, przywołując tu św. Tomasza z Akwinu, tam tłumacząc teorię strun i krainę płaszczaków, wrzucił i wyjaśnił też równanie Drake. Do tego jeszcze bonusy z nieprzekonującymi wyjaśnieniami sytuacji geopolitycznej. I jakoś bardzo niewiele z tego wynika - ot autor pragnie pokazać mi jakie ciekawe rzeczy wyczytał. Tymczasem co chwila konstrukcję i naukowość tego świata zupełnie rozwala halucynacjami albo takimi pomysłami, jak wiadomośći z przyszłości, czy opętanie przez diabła mieszkającego w próżni. Koniec końców zostaje poczucie, że wszystko się w tej książce może wydarzyć... i wiele z tego się dzieje, choć zupełnie nie ma sensu. Jedynie efekciarstwo i chciejstwo autora.