Nie jestem wielbicielką prozy Kisiel, kiedy ta wchodzi w tryb "każde zdanie musi być dowcipem". Czasem wystarczy sama narracja, dobrze zbudowane postaci, ja jestem prostą czytelniczką i podstawowe chwyty warsztatowe mnie zadowalają. Więc nie zdarzyło mi się gromko wybuchnąć śmiechem przy lekturze, ale parę razy się uśmiechnęłam. W połowie książki zaczyna dziać się lepiej, bo mniej zabawnych przymiotników, więcej fabuły i wtedy faktycznie czuć to dziedzictwo i inspiracje Chmielewską. Zagadka kryminalna w sumie leży i kwiczy i jest tylko pretekstem do dowcipów. Wiadomo przecież, że główny podejrzany nie zabił, a potem już klasycznie w ujęciu Christie: zamknięta przestrzeń (tak jakby), każdy ma motyw, każdy miał okazję, morderca jest wśród nas, bo każdy z nas jest mordercą w głębi swojego pragnienia i nie żal nam tego trupa, bo serio, zasłużył na to, co go spotkało. W odróżnieniu jednak od panny Marlpe, panie Trewne tylko się snują i łapią plotki na chybił trafił (a mogły iść do osiedlowego sklepu i wszystko by im powiedziano w pierwsze pół godziny, serio, tak działa wieś), śledztwo to raczej nie jest, najbliższej śledztwa jest Zoja, najinteligentniejsza członkini rodziny. Postaci są sympatyczne, napięcia nie ma, dowcip skrzy tak, że momentami aż sam siebie zaćmi, ale na wakacyjne czytadło jak znalazł: szybko, bezproblemowo, nie daje zgagi mentalnej jak marnowanie czasu przy oglądaniu bezmyślnym filmików na YT.
Tylko wciąż mi żal, że tego "Mickiewicza zabójcy wampirów" dalej nie ma.