Helen Weinzweig pionierka literatury feministycznej w Kanadzie, pochodziła z polskiego Radomia, z którego wyemigrowała z matką jako dziecko. Narratorką książki jest Shirley, kobieta wplątana w romans z tajemniczym szpiegiem, z którym spotyka się w po kryjomu w hotelach na całym świecie. Nikt nie może się o nich dowiedzieć, nie mogą pozostać żadne dowody ich romansu, a do schadzek dochodzi zawsze w dziwnych nieplanowanych okolicznościach. No dobra, w tym moim opisie brzmi to trochę tanio, ale zrzućmy to na moj brak umiejętności. Za to autorce ich nie brakuje, promise!
Jedna z bardziej nieoczywistych książek jakie ostatnio czytałam. Niedookreślona, trochę oniryczna, a nawet paranoiczna, w której nie jesteśmy przekonani czy to co czytamy to na pewno rzeczywistość, szczególnie kiedy Shirley mówi np.: „dla mnie słowo pisane ma tak ogromną siłę, że pojawiłoby się zagrożenie, że uwierzę w to, co sobie wyobraziłam”. Weinzweig nie daje nam jednoznacznych wyjaśnień, nie ułatwia śledzenia fabuły przez nielinearną narrację, nie wiemy czy Shirley snuje się po istniejącym mieście czy po jakiejś alternatywnej przestrzeni. Zaciera granice między tym co realne, a tym co być może wyobrażone, a może właśnie to wyobrażone jest w pełni prawdziwe? Mam tyle pytań, zero odpowiedzi, ale mnóstwo opcji interpretacji, choć jedna z nich została obalona w posłowiu tłumaczki.
Książka określana jest jako surrealistyczny thriller, ale to tylko wierzchnia warstwa, a głębiej jest ich więcej, w tym ta najważniejsza, feministyczna o pozycji kobiet oraz o presji i oczekiwaniach, które nakłada na nie społeczeństwo.
Ja jestem zachwycona i kocham takie niekonwencjonalne pisarki.
„Jeśli Coenraad, z powodów, do których robił aluzje, już nigdy więcej się ze mną nie spotka, na co wymienię noce spędzane z nim? Może wymienię to półżycie wypełnione czekaniem na pełne życie, jakiego jeszcze nie próbowałam? Rzecz jest warta rozważenia”.