Od lat zajmuje się multimediami i szeroko pojmowaną popkulturą. Pracował jako zastępca redaktora naczelnego pism „Click” i „Game Ranking” oraz naczelny magazynu „Fantasy”. Prowadził programy autorskie w Radiu WAWA. Reżyserował dubbingi. Tworzył i tłumaczył scenariusze gier komputerowych. Od kwietnia 2008 – szczęśliwy tata małego Kacperka. Jeden z najpopularniejszych pisarzy fantastycznych. Prowokujący. Zaskakujący. Potrafi rozbawić, zbulwersować, dotknąć do żywego. Wymyka się oczekiwaniom. Ledwie okrzepł w szatach inkwizytora, niespodzianie wdział żupan.
Piekaros ciklo apie inkvizitorių Mordimerą Madderdiną chronologija gali išvaryti iš proto bent kiek jautresnį skaitytoją. Yra parašymo chronologija, yra (lyg ir) vidinė veiksmo chronologija, yra dar biesas žino kokia – ir, žinoma, jos nė velnio nesutampa. Kita vertus, didesnė dalis knygų ramiai skaitomos kaip atskiri kūriniai, susisieti tik pagrindiniu veikėju ir pasauliu. O Madderdino pasaulis ne taip jau smarkiai skiriasi nuo mūsiškio. Taškas, kuriame išsiskyrė mūsų ir jo pasaulio keliai – Kristaus nukryžiavimas. Madderdino visatoje Kristus nė nepagalvojo pasimirti ant kryžiaus – nulipo nuo jo, pasiėmė kardą ir nuvarė tuo kardu auklėti visų, kas buvo neteisūs. Madderdino inkvizicija irgi vos vos kitokia – ji nelabai pavaldi bažnyčiai, be to, ji susiduria su tikrų tikriausiais burtininkais, demonais ir kitokia velniava. Ir štai čia manęs laukė netikėtumas. Mat pasaulis pasauliu – išliko tas pats fantastiškas, alternatyvus. O štai daugiau jokios fantastikos neliko – nei tau demonų, nei vilkolakių, nei vampyrų, nei kitų anapusinių esybių. O tai kas yra? Yra Weilburgo miestas, kuris, užpultas paslaptingos ligos, užtrenkė vartus ir paskelbė karantiną. Sergantys ir mirštantys žmonės liko užrakinti už griežtai saugomų sienų. Mieste, kurį ištiko kelias savaites trunkanti kaitra, kurį apėmė baimė dėl ateities, užtenka vienos kibirkšties, kad namai virstų pelenais, o gatvės prisipildytų lavonais. Štai tokiomis aplinkybėmis netikėtai likęs vyriausiuoju miesto inkvizitoriumi Madderdinas bus priverstas bandyti įgyvendinti teisybę. Na, tokią, kokią jis įsivaizduoja. Mat jo moralė – mažų mažiausiai smarkiai pilka. Galėtum dėl to kaltinti pasaulį, kuriame jis gyvena, bet ar ne mūsiškiams Makiavelis sugalvojo, kad tikslas pateisina priemones? Žodžiu, jei pavyksta susitaikyti su ta jo morale, sekti jo nuotykius visai smagu. Tiesa, šįsyk intrigos mažokai, viskas kiek ištęsta. Aišku, smagu aptikti miestelėnų pokalbiuose puikiai pažįstamų anti-kovidininkų pamąstymų ir sąmokslo teorijų, bet gal viso to kiek ir perdaug. Mat akivaizdžiai knygą įkvėpė ta mums puikiai pažįstama pandemija. Tai keturi iš penkių. Ir net ne patys tvirčiausi.
Powiedzieć, że Mordi w wersji „Przeklętej” był słaby, to jakby nic nie powiedzieć. ;) Dlatego też po powrocie uniżonego sługi na salony w Ja, Inkwizytor. Dziennik czasu zarazy, miałam odrobinę mieszane uczucia, czy jeszcze chcę bawić się w tę inkwizytorską grę. Na gwoździe i ciernie, nie wytrzymałam jednak długo i sięgnęłam po książkę i tym samym szesnasty obcowałam ze Świętym Oficjum i Inkwizytorami Jacka Piekary.
Kaszlica i kwarantanna Weilburga. Miasto Weilburg zatrzasnęło bramy i ogłosiło kwarantannę. W obrębie pilnie strzeżonych murów zamknięto ludzi chorujących i umierających na zarazę. Ale nawet po tych, którzy wymknęli się epidemii, śmierć gotowa jest sięgnąć z innych powodów. Bo w mieście oczadziałym od wielotygodniowej suszy, spętanym strachem przed przyszłością, terroryzowanym przez zewnętrznych wrogów i rodzimych fanatyków, wystarczy iskra, by z domów pozostały zgliszcza, a ulice zaścieliły trupy. W takim miejscu i w takim czasie inkwizytor Mordimer Madderdin, stoczy walkę o ocalenie niewinnych, o ukaranie zbrodniarzy, a przede wszystkim – o utrzymanie choćby resztek sprawiedliwości.
Stary dobry Mordi. ;) Mordi powrócił w swoim dawnym, dobrze znanym „setupie”. Przesiąknięty ironią, cynizmem i buńczucznością, snuje opowieść uniżonego sługi, który nie stroni od korzystania z życia i kobiecych wdzięków. Odpowiednio wypchana sakiewka zaś pozwala mu z odpowiednim namaszczeniem załatwić każdą sprawę, oczywiście na chwałę Bożą.
Poza tym książka niczym ciekawym/nowym się nie wyróżniała. Ot, kolejny „schematyczny odcinek”, w którym autor tym razem wałkuje pandemię. Oczywiście korzysta przy tym ze starych utartych schematów, wyśmiewa rzucane w tłum teorie spiskowe, sceptyków czy innych szarlatanów.
Główny antagonista archidiakon Umberto Cassi niestety nie wniósł niczego odświeżającego do powieści. Ot był, a jego szumne plany i groźby w stosunku do inkwizytorów, można w sumie przeczytać tylko na papierze. ;)
Ogólnie Ja, Inkwizytor. Dziennik czasu zarazy Jacka Piekary mogę zakwalifikować, jako czytadełko, które doskonale sprawdzi się do zabicia czasu po ciężkim dniu, kiedy nie chcemy nadto wysilać komórek mózgowych.
Przesłuchałam tę książkę i to było dobre! Ubawiłam się jak zwykle, a pandemia kaszlicy rozłożyła mnie na łopatki. Po raz kolejny dostałam 100% rozrywki.
W porównaniu do poprzednich części nie porywa tak samo. Dłużąca się i prosta fabuła to nie jest to czego oczekiwałem. Główny wątek pandemii "kaszlicy", który jest widocznym nawiązaniem do koronawirusa, także nie jest zbyt ciekawy.
No i doczekaliśmy się kolejnych przygód naszego ulubionego Inkwizytora. Przygód tym razem nieco bardziej przyziemnych, poruszających problemy tak dobrze nam znane, z humorem i wzruszeniami.
We wstępie Jacek Piekara przedstawia miejsce i czas akcji książki w całym cyklu - nie uważam, żeby umiejscowienie rozgrywanych wydarzeń po trylogii ruskiej, która, co tu dużo mówić, nie była najlepszym popełnionym dziełem autora, było dobre. Dostajemy strzępki informacji o tym, że niby to Mordimer nic nie pamięta, czego osobiście nie kupuję. No ale trudno, taki był zamysł Jacka Piekary.
Sama fabuła wzorowana jest oczywiście na niedawnej pandemii, ludzie zapadają na chorobę zwaną 'kaszlicą', część ludzi umiera, część zdrowieje, część mierzy się z powikłaniami - znajome, prawda? Do tego dochodzi wątek kryminalny, niezbyt intrygujący, ale zmuszający Mordimera i 2 jego 'ziomków po fachu' do działania, a jak wiemy - inkwizytorzy, bez podstaw, wręcz niechętnie korzystają ze swoich przywilejów do osiągnięcia celów.
Niechętnie muszę stwierdzić, że pewna era Mordimera się skończyła. Nie jest on już tak charyzmatyczny jak go zapamiętałem, a płomień jego wiary już nie jest sięgający nieba, a jedynie lekko rozświetlający to, co znajduje się przed nim. Tak, wypalił nam się chłop, czytając taki Dotyk zła, czy Młot na czarownice czułem, że Mordimer robi to co robi dla większego celu, a tutaj folguje swoim zachciankom, pozwala innym na manipulowanie sobą (chociaż tutaj Piekara się postarał, nawet najmniejszą drobnostkę opisał w taki sposób, jakby to filozof dawał upust swoim frustracjom, czyli tutaj niezmiennie, za co w moim odczuciu wielki plus dla autora). Sporym zaskoczeniem była dla mnie postać farmaceuty Bauma, który od początku kręcił się wokół Mordimera, często ukazywany był z dosyć zabawnej strony, ale potrafił też rozbudzić ciekawość i zainteresować swoimi przemyśleniami o kaszlicy i ogólnie życiu w zamkniętym mieście.
Właśnie, zamknięte miasto. Strach, kaszlica, to i bramy do miasta zamknięte. Czy powieść na 600 stron z akcją tylko w jednym miejscu może zaciekawić? Może! Co chwilę dzieje się coś, co zmusza naszego bohatera działania, a to ktoś zamorduje żonę, jakaś służka zdzieli ważną personę w twarz, do tego spisek goni spisek i nie możemy się nudzić. Najbardziej odczułem na sobie wątek pewnej kobiety, o której losach dowiadujemy się na dosłownie ostatniej stronie, a losy te nawet mnie wzruszyły, uderzyły we mnie, mimo, że nie było to coś bardzo odkrywczego, ale ukazało Mordimera w bardziej ludzki sposób.
Oczywiście jest dużo niepotrzebnych dłużyzn, ale nie są one czymś, z czym nie mieliśmy już do czynienia w poprzednich odsłonach przygód jego inkwizytorskiej mości.
Ktoś kto na bieżąco śledził informacje związane z pandemią również w książce odnajdzie kilka smaczków nawiązujących do naszej niedalekiej, zamkniętej przeszłości, o czym wspomina sam autor w posłowiu.
Nie jestem fanem przypisów na końcu książki, co właśnie tutaj dostajemy (bo jak to tak, klocek w ręce i co kilkanaście stron wertować na sam koniec książki, żeby dowiedzieć się mniej lub bardziej interesującej rzeczy?), ale przyznać trzeba, że przypisów jest sporo, na kilka dobrych stron.
W podsumowaniu mógłbym napisać, że książka jak najbardziej dobra, ciekawa, zmuszająca do refleksji, ale jako fan Jacka Piekary, w sumie całej jego twórczości, nie zrobię tego. Dostajemy czytadło, z bardzo rozciągniętą akcją, dłużyznami, refleksjami, nie brakuje tutaj wspominek o świetnym powonieniu naszego Inkwizytora (kto czytał chociaż jedną z pozostałych odsłon części, ten zrozumie), sporo zbliżeń z pewną młodą wdówką, ale nie ma zbyt wielu konkretów. Łatwo rozpisać zwykłą scenę korzystając z wieloletniego doświadczenia i po prostu lać wodę w formie filozoficznych dysput. Mi osobiście książka się podobała, samo obcowanie ze światem, w którym 'Jezus zstąpił z krzyża i ukarał swoich wrogów', sprawiło mi ogromną przyjemność, chyba po prostu towarzystwo Mordimera, jaki by on nie był, bardzo mi odpowiada. Fanów więc zachęcam, no bo to jednak nasze podwórko, raz jest dobrze, drugi raz piach nam w oczy, a jeżeli ktoś przygodę z Inkwizytorem planuje rozpocząć od 'Dziennika czasu zarazy', to raczej odradzam, po co zniechęcać się już na wstępie, zwłaszcza, że mamy kilka faktycznie dobrych i zawieszających wysoko poprzeczkę części?
Na ten moment w mojej biblioteczce znajduje się dokładnie połowa dzieł pana Piekary z serii Ja, Inkwizytor, dlatego też z chęcią sięgam po kolejne odsłony przygód Mordimera Madderdina, mimo tego, że ewidentnie jest osobą, której zachowania zasługują na potępienie. Aczkolwiek i tak mu kibicuję, więc autorowi udała się naprawdę trudna sztuka, aby dopingować socjopatę. W dodatku cały ten świat jest na tyle interesujący, że łapczywie sięgam po każdy najmniejszy detal jaki podaje nam pan Jacek, a który rozszerza wiedzę o Inkwizytorium.
Kłopot w tym, że prezentowane nam danie na tacy wygląda jak "momenty" w restauracji "Atelier Amaro", gdzie na środku widać tyci kawałeczek jedzonka do spożycia, a cena jest wyśrubowana do granic możliwości. I do tej pory nie dawałem wiary tekstom typu: "autor dostaje honorarium chyba za ilość napisanych słów", choć "Dziennik czasu zarazy" powoduje, że mam wątpliwości na ten temat. Bo to powieść na ponad sześćset stron, na łamach której kompletnie nic się nie dzieje. Nic, co by usprawiedliwiało cenę tej książki. Nie ma prawie fabuły, nie ma rozwoju postaci, nie ma rozwoju świata przedstawionego, a całość można by było skrócić do opowiadania, jakie autor prezentował na początku serii! Blaga!
Wraz z Mordimerem trafiamy do Weilburga, miasteczka, który ma prawo wydobywania soli, a na to prawo chce położyć ręce kościół. Miasto ma ten pech, że znajduje się w przededniu epidemii, która zbierze ponure żniwo. Kiedy "kaszlica" zbiera coraz to nowe ofiary, to w mieście pojawiają się pierwsze niepokoje, które podsyca nałożenie na miasta blokady, aby choróbsko się nie rozniosło dalej. Jak łatwo się domyślić, przełoży się to na wachlarz różnych zachowań wśród mieszkańców.
W takich okolicznościach przyjdzie nam obserwować pracę naszego ulubionego inkwizytora, który próbuje lawirować pomiędzy interesami lokalnych możnowładców a biskupim celem, którego ma dopilnować wysłannik, za którym Mordimer nie za bardzo sympatyzuje. Zwłaszcza, że dochodzą tu pewne aspekty osobiste, bo bohater zobowiązał się chronić pewną dziewoję, którą wysłannik chce skrzywdzić... Jest jeszcze pewien sympatyczny aptekarz i jego teorie. I to tyle z fabuły. Macie streszczenie całości.
Szkopuł w tym, że lwią część tego tomu zajmują rozmowy, które skupiają się na różnego rodzaju komentarzach społecznych oraz rozmowach filozoficznych. Mamy tu więc odniesienia do anty-szczepionkowców, samej niedawnej epidemi COVID-19 oraz całej masy przemyśleń bohatera, które ukazują jego wyrachowanie, który stara się zawsze coś ugrać dal siebie, jeżeli nie godzi to za mocno w interes jego instytucji. Akcji tu jak na lekarstwo, fabuła zaś toczy się powoli. Szkopuł w tym, że coś w tej serii się zatarło. Nie ma tu już tej magii poprzedników, gdzie stykaliśmy się z nieznanym, tym co stoi w opozycji do wiary i każe wykazać się postaci, aby ratować bliźnich (lub własną skórę), czasami w specyficzny sposób.
Wątek kryminalny objawia się tu parę razy, ale nie gra żadnego znaczenia. "Dziennik czasu zarazy" to kolejny odcięty kupon od franczyzy, który ma dać autorowi oczekiwany zastrzyk pieniędzy. Ja to rozumiem, bo bilans na koncie musi się zgadzać, ale jako wierny fan serii czuję się oszukany. Bo do tej pory Piekara zawsze coś od siebie dawał, coś co pchało serię do przodu. Tu mam wrażenie zastoju, stagnacji. Jeżeli tak to ma wyglądać, to kolejną książkę z serii sobie odpuszczę.
Tym bardziej, że w wielu momentach mamy powtórzenia pewnych kwestii (tak, tak, kiedy ginie inkwizytor, czarne płaszcze ruszają do tańca - i to nie raz) lub też schematów, jakimi kieruje się autor na przestrzeni serii (ta maniera, z którą powtarza masę wartości Inkwizytora typu "pokornego sługi" czy jurność bohatera, któremu nie oprze się żadna dziewoja).
Wszystko to sprawia, że szesnasta już odsłona z serii jest najgorszym tytułem całego brandu. Niewartym swojej ceny, wtórnym, choć nie mogę odebrać Piekarze tego, że potrafi pisać, przez co tytuły z serii czyta się szybko i nie nudzi. Tyle, że trzeba mieć cierpliwość, a ta mi się skończyła.
PS. Na Audiotece kilka dni temu wpadł audiobook, gdzie głową rolę odgrywa p. Leszek Lichota. To co prezentuje to dla mnie majstersztyk podnoszący ocenę co najmniej o jedną gwiazdkę. Niemniej oceniam książkę, a ta zawiodła.
"Ja, inkwizytor. Dziennik czasów zarazy" to powieść dość polaryzująca. Inkwizytor Mordimer Madderdin niczym wiedźmin Geralt z Rivii zapisał się w historii polskiej fantastyki. Powrót tej postaci na karty powieści wzbudził dość spore oczekiwania, które nie do końca sprostały tym, którzy oczekiwali zamknięcia wątków głównej serii. Jednak dla takich osób jak jak - które owszem książki ze świata inkwizytorskiego czytały, ale wieki temu - lub zupełnie nowych czytelników "Dziennik czasów zarazy" może okazać się naprawdę przyjemną lekturą. Jest w niej ten czar Mordimera - inteligentnego antybohatera, "uniżonego sługi", który wszystko robi na chwałę Pana - ale zapłatą nie pogardzi - a jednocześnie nie ma w tej książce "ciężaru" poprzednich historii - nie wymaga zatem bycia na bieżąco z cyklem inkwizytorskim. "Dziennik czasów zarazy" stanowi odrębną przygodę naszego inkwizytora, która nie wpływa zbytnio na jego losy czy świat przedstawiony, dzięki czemu naprawdę można ją czytać bez znajomości innych powieści z tego uniwersum. Ostateczna ocena będzie zatem w dużej mierze zależeć od osoby czytającej i jej oczekiwań.
Choć sam świat inkwizytorski jest intrygujący, to niezmiennie najmocniejszym elementem tego świata jest postać Mordimera Madderdina, który jest naszym przewodnikiem po tym świecie. To antybohater, z jednej strony piekielnie charyzmatyczny, a z drugiej pełen arogancji i hipokryzji. Urzeka w nim jednak to, że mimo swego charakteru potrafi wznieść się na wyżyny człowieczeństwa i wstawić się za inną osobą, czasem nawet ryzykując własną karierą, która wydaje się być sensem jego życia. Właśnie to pociąga w tej postaci, bo nigdy nie wiemy kogo skaże na stos, a kogo ocali. W tej odsłonie nasz "uniżony sługa" jest sobą i czytanie o jego kolejnej przygodzie, tym razem z tajemniczą zarazą - kaszlicą - w tle było jak spotkanie starego, nieco zapomnianego znajomego. Nie dość, że przypomniałam sobie czemu te książki tak lubiłam, to jeszcze nabrałam ochoty na odświeżenie chociażby głównego cyklu.
Co do samej treści powieści to można na nią narzekać. W zasadzie w "Dzienniku czasów zarazy" niewiele się dzieje mimo objętości książki (600 stron). Ot, opiera się ona głownie na dialogach i przemyśleniach, i nawet punkt kulminacyjny nie jest przesadnie pełen akcji, która dzieje się gdzieś bardziej na marginesie. Moim zdaniem sprawdza się to jednak idealnie, oddając atmosferę zamkniętego miasta i piekielnego żaru lejącego się z nieba, kiedy człowiek nie ma sił na nic więcej niż jak snucie się i szukanie pociechy w zimnym trunku i dobrej rozmowie. Same dialogi są świetnie napisane i nawet przez chwilę się przy nich nie nudziłam! Całość jest może nieco zbyt rozciągnięta, ale da się to bardziej odczuć czytając niż słuchając - słuchowisko przy takiej powieści jest naprawdę strzałem w dziesiątkę.
Oceniając powieść nie z perspektywy całego cyklu, ale części którą można czytać niezależnie nie mogę narzekać. Można w niej odnaleźć klimat świata inkwizytorskiego, zapadającą w pamięć postać Mordimera, wiele przemyśleń z którymi można się zgodzić (lub jak w moim przypadku nie zgodzić, co wcale nie odbierało mi przyjemności w czytaniu!). Czuje się jednak w obowiązku to podkreślić - powieść ta należy do tych przegadanych i przez to może zostać odebrana jako książka o niczym, w której nic się nie dzieje. Moje oczekiwania spełniła, cześć przeczytałam, większą część wysłuchałam z ogromną przyjemnością. Wciągnęła mnie samym klimatem i dialogami, aż chciałoby się przysiąść do naszych bohaterów i włączyć z nimi w dyskusję :)
W życiu nie spodziewałabym się, że książka jednego z moich ulubionych polskich autorów wpędzi mnie w zastój czytelniczy. „Ja, inkwizytor. Dziennik czasu zarazy” nie tylko w żaden sposób nie pokrył się z moimi oczekiwaniami, ale był ich całkowitym przeciwieństwem. Po pierwsze uważam, że tytuł jest mylący. Owszem, książka jest stylizowana na dziennik Mordimera Madderdina, inkwizytora i pokornego sługi Świętego Officjum. Jest to zarówno zaleta jak i wada tej książki, ale to tego przejdę za chwilę. Tytułowa „zaraza” mimo tego, że zabiera wiele żyć, nie jest główną osią wydarzeń i w moim odczuciu, została potraktowana po macoszemu. Autor bardzo mocno skupił się na politycznych rozgrywkach wewnątrz Weilburga, na układach i smarowaniu komu trzeba, żeby pojechać. Choć akcja książki dzieje się około 1500 lat po narodzinach Chrystusa w rzeczywistości zgoła innej od współczesnej, autor dość nieprzychylnie potraktował kobiety. Często wypowiadał się o nich przychylnie, jednakże było to typowo patriarchalne podejście sprowadzające się do użyteczności kobiet w charakterze żon czy gospodyń, a najczęściej kochanek czy, za przeproszeniem, kurew. Dlaczego zatem uważam, że sposób narracji jest zarówno zaletą jak i wadą tej książki? Otóż śledząc akcję tak, jak prowadzi ją Mordimer, sporo dowiadujemy się o pewnych układach w mieście jak również podążamy za meandrami myśli inkwizytora. Z drugiej jednak strony właśnie te meandry, oraz długie filozoficzne dyskusje prowadzone przez bohaterów wpędziły mnie w zastój. O tak, dialogi są zdecydowanie za długie, za mało w nich akcji i często przypominały rozmowy prowadzone po pijaku, kiedy to każdemu włącza się tryb socjologa i filozofa. Książka dość obszernych rozmiarów długo, bardzo długo prowadzi do finału. Kiedy już docieramy do finału, gdzie autor mógłby czytelnika poczęstować wartką akcją, której bardzo oczekiwałam i spodziewałam się wręcz, dostajemy opis wydarzeń poprzetykany właśnie przemyśleniami głównego bohatera, które zdecydowanie spowalniały akcję. Bardzo polubiłam bohaterkę powieści, Kingę. Choć autor nie omieszkał dziewczyny potraktować patriarchalnie, miała ona dość mocny charakter i mogła otrzymać więcej „czasu antenowego” na kartach powieści. Miała zadatki na postać zadziorną i ciekawą, która mogła łamać narzucony przez autora wizerunek kobiety. Niestety, nie było jej to dane. Ogólnie powieść nie jest zła, uważam, że trafiła do mnie w złym czasie, a przede wszystkim nie udźwignęła moich oczekiwań. Choć cykl inkwizytorski czytałam lata temu nie przypominam sobie, abym tak męczyła się na którymkolwiek tomie. Ba! Przecież „Szubienicznika” darzę miłością czystą i bezwarunkową, a i przy „Przenajświętszej Rzeczypospolitej” doskonale się bawiłam! Niestety, nie mogę tego samego powiedzieć na temat „Dziennika czasu zarazy”. Nie ukrywam, że na pewno sięgnę po kolejne książki autora (a szczególnie po trzeci i obiecany tom „Szubienicznika”!), ale ta powieść raczej nie zagości w Dziale Ksiąg Uwielbianych.
Kilka dni temu skończyłam najnowszą książkę Jacka Piekary „Ja, Inkwizytor. Dziennik czasu zarazy” tom16. To było moje pierwsze spotkanie z autorem i zapewniam, że nieostatnie. Dla tych, którzy tak jak ja mają jeszcze przed sobą całą serię, to spokojna głowa nie musicie znać poprzednich części, żeby zrozumieć co i jak, kto z kim i dlaczego. Jak skończyłam zadałam sobie pytanie, dlaczego dopiero teraz wzięłam się za książki tego autora?! Kupiłam I oraz II tom „Świat Inkwizytorów. Płomień i krzyż”.
Wracając do naszej książki, czyli „Ja, Inkwizytor. Dziennik czasu zarazy”, jak sama nazywa wskazuje czytamy to jak dziennik prowadzony przez inkwizytora Mordimera, który nie ma łatwego zadania, jakim jest walka z zarazą i ochrona niewinnych, ale to tylko kropla tego, co dzieje się w mieście Weilburg, które opanowała m.in. pandemia kaszlicy, która przypominała mi nasz covid oraz jakie zebrała żniwa i jak to odbiło się na nas samych.
Książkę czyta się naprawdę szybko. Nie ma w niej nic, co byłoby jakoś narracyjnie lub postaciowo skomplikowane, a jeżeli nawet coś takiego wyjdzie, to końcowe „przypisy” i „posłowie” wiele wytłumaczą. Ile razy mieliście taką sytuację, że podczas czytania tak wpadliście w akcje rozgrywającą się w książce, że potrafiliście zarwać noc, z książką szliście „tam, gdzie król piechotą chodzi” lub odkładając książkę chcieliście, żeby było rano i mogli ją wziąć, żeby dokończyć? To ja tak miałam non stop, aż w pewnym momencie złapałam się na tym, że książkę kładę pod poduszka, bo chciałam mieć ją blisko. No wariactwo, ale warte każdej minuty. Jak wcześniej napisałam, a co autor sam na początku podkreślił nie musisz znać całej serii, żeby zrozumieć tę część. Kolejnym powodem, o którym warto napisać to Audioteka, bo ma dla was audiobooka jako superprodukcja. Mnóstwo fantastycznych bohaterów, efekty dźwiękowe oddające realizm bycia tam podczas trwania akcji.
Uwielbiam te produkcje, bo czujesz te emocje, czujesz zapach pomieszczeń, potraw, nawet krwi na czyichś rękach. Polecam całym sercem i bardzo proszę nie pisać, że od końca nie czytacie, bo wyżej napisałam nie trzeba znać poprzednich, żeby orientować się w fabule. Akcja momentami powodująca łzy ze śmiechu, jak i łzy spowodowane smutkiem.
Zakończenie pewnej relacji było dla mnie szokiem, ale wiem, że nikt nie lubi spojlerów, więc nic więcej nie mówię.
Macie takiego autora, którego książki nawet Wam się podobają, ale pomiędzy powieściami musicie robić przerwy, bo z czasem się męczycie?
U mnie takim autorem jest zdecydowanie Jacek Piekara. Choć "Cykl Inkwizytorski" podoba mi się fabularnie, to styl autora sprawia, że muszę dozować sobie kolejne powieści. Dawno jednak czytałem już cokolwiek tego autora, dlatego po "Dziennik czasu zarazy" sięgnąłem bez zmęczenia.
"Dziennik czasu zarazy" jest oddzielną, poboczną historią w świecie Inkwizytorów, dlatego można czytać ją bez znajomości całego, rozbudowanego cyklu, tak jak to było w moim przypadku. Może co nieco umknie takiemu czytelnikowi, ale nie odniosłem wrażenia, abym coś stracił. Jednocześnie, książka nie wnosi raczej nic nowego do cyklu.
Akcja tej powieści dzieje się w mieście objętym kwarantanną z powodu epidemii, więc jak łatwo się domyślić, miejsce fabuły jest dosyć ograniczone. Przez to miałem momentami wrażenie, że akcja jest niezbyt dynamiczna. Z drugiej strony, dzięki temu dostajemy tutaj coś innego niż w całym cyklu, ponieważ Mordimer nie zmaga się z demonami czy czarownicami.
Ponadto, miałem wrażenie, że głównemu bohaterowi za wiele się udaje, przez co czasami nie było żadnego dreszczyku emocji.
"Dziennik czasu zarazy" czyta się według mnie przyjemnie, ale bez szału. Książka jest dobra, ale raczej nie zapada w pamięć na dłużej.
PS Byłem bardzo zdziwiony, że autor tak rzadko wspominał, że Mordimer Madderdin ma czule powonienie 😉
Więcej recenzji znajdziecie na moim Instagramie @chomiczkowe.recenzje, gdzie serdecznie zapraszam
Może zawyżam, pewnie tak, ale w końcu czułem się jak za dawnych lat, kiedy czytałem pierwsze tomy. Na pewno sporo klimatu zrobiła tu też superprodukcja, ale jak by była ujnia, to i aktorzy by tego nie pociągnęli. Wiem, jakieś nieścisłości oczywiście sobie były, ale konieczne dla takiej, a nie innej akcji. Tak na pewno to dużo mi też dało posłowie Jacka po ostatnim tomie ruskiej trylogii, gdzie jawnie napisał, że to od początku miał być "monster of the week". Niby wiedziało się, że całość nie miała na początku "większego planu", ale jakoś tak oczekiwaliśmy go po mieczu aniołów....
Pominąłem większość tomów i przeskoczyłem od razu do tej historii bowiem autor zapewnia, że nie trzeba znać poprzednich części, by zrozumieć tę część cyklu. Trudno nie oceniać tej książki przez filtr poglądów własnych na pandemię koronawirusa, ale postaram się nie brać tego pod uwagę przy ocenie. Książka potwornie długo się rozkręca i nie obiecuje za wiele w kwestii samej zarazi kaszlicy. Temat pojawia się niezbyt subtelnie, po czym zanika, rozwija się, po czym skala staje się trudna do zignorowania. Czytelnik zastanawia się jakim cudem główny bohater nie choruje, po czym okazuje się... nie będę spoilerował, ale to dość zaskakujące rozwiazanie. Idąc dalej, fabuła nie koncentruje się tylko na kaszlicy, jak zwykle po drodze mamy do czynienia z "questami pobocznymi", lub jak kto woli "opowiadaniami" wewnątrz książki. Nie są wyszczególnione jak w przypadku pierwszych tomów, ale pojawiają się naturalnie, są integralną częścią fabuły. Ogólnie jednak nie wydaje mi się, aby Mordimer jakkolwiek się zmienił w tej książce, nie przeszedł żadnej szczególnej lekcji, przez co odczuwam pewną pustkę pod tym względem (dwie lekcje jakie mi się nasuwają to ta płynąca z sytuacji z powstrzymanym upadkiem i ze śmierci wspomnianej na ostatnich stronach książki, ale poza nimi niewiele zostanie z czytelnikiem na dłużej).
Jak to się stało ze to już 16 tom Cyklu Inkwizytorskiego? Przyznam że czytam kolejne tomy już raczej z sentymentu za książkami poznanymi na początku szkoły średniej.
Na początku wydawalo mi się że jest to strasznie rozpisana opowieść, wielokrotnie powtarzane te same rzeczy o świecie i Inkwizytorach, pierwsze 100 stron to dwa spotkania, rozmowy i pijaństwo. Ale jakoś miło mi te strony mijały. Taki ma już styl autora.
Czy ta książka wnosi coś nowego do Cyklu: absolutnie nie! Śmiało można Inkwizytorow zastąpić inna organizacją a nie wpłynęło by to na fabule.
Bardzo fajnie zawiązywały się intrygi, coraz nowe postaci pojawiały się i znikały. Choć samo rozwiązanie wszystkiego pozostawia troszke do życzenia.
No i sam główny bohater który fabularnie jest młodszy od tego przedstawionego pierwszych wydanych książkach, wydaje się bardziej rozwinięty(niestety tu nie jest to plusem). Ja wolałem tą mroczna , groźna postać, zdecydowaną na wszystko.
Na koniec sprawa ceny książki: okladkowo to 85zł!!! Ja rozumiem inflacja itp ale wydawnictwo chyba próbuje coś na tym ugrać(bardzo nie ładnie Fabryko Słów).
Do zobaczenia Panie Madderdin.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Jacek Piekara has yet to disappoint me... fully. Because in bits and pieces of this book I was disappointed.
I'll preface this by saying there are strong political, right-wing accents throughout the book. I disagree with the author's personal opinions regarding the pandemic etc. but as it is with polish fantasy, I try not to think of the book as a political manifesto, no matter whether it is one or not.
This is by far the worst book in the series, but only because all the others are so brilliant. Yet it still receives a 5 star rating and it goes up on my favorite shelf. How come? The reason is simple. Piekara has created such a compelling, interesting world that is just very good to me and fits all my personal likings. Though this book lacked real plot and was overruled by uncomplicated interactions, I felt invested because they all concerned something I had previously gained interest in.
...which comes down to my personal bias. Wow. I love objective reviewing.
Still a great author, still a nice series - it's just that this book may have been a little rushed or something. Still amazing.
Mam mieszane uczucia, dlatego zacznę od tego co było w tej książce dobre. Jak zawsze postać głównego bohatera. Mordimer jest postacią wyraźną, niepowtarzalną i bardzo silną. Ma swoje poglądy, które pozostają niezmienne od pierwszej książki Piekary. Bardzo podobało mi się osadzenie wątku epidemii i wielokrotne odwołania (oczywiście wszystko między wierszami) do epidemii covid i do reakcji rządów i ludzi. Często bardzo lekkomyślnych. Klimat świata inkwizytorów również był całkiem gęsty. To co bardzo mi się nie spodobało to akcja tocząca się jak flaki z olejem. Przez większość książki nie działo się NIC. Zakończenie również było bardzo rozczarowujące. Po świetnej Trylogii Ruskiej liczyłem na dużo więcej. Ale mam ogromną nadzieję, że Dziennik Czasu Zarazy jest takim delikatnym wprowadzeniem w coś bardzo dużego, co jeszcze pozostaje w formie manuskryptu na komputerze Piekary i na co będziemy musieli jeszcze poczekać.
Wynudziłem się przy tej książce. Kolejna nic nie wnosząca do życia Mordimera opowieść kryminalna rozwleczona na stanowczo zbyt dużą liczbę stron. Mnóstwo tu różnego rodzaju komentarza społecznego i rozmów filozoficznych ale za to sama główna intryga dostaje zaledwie kilka chwil mało angażującego rozwiązania. Co dla mnie osobiście najgorsze to brak jakiegokolwiek rozwoju świata inkwizytorskiego. Nie uświadczymy tu żadnych nowych (albo nawet i starych) stworzeń, kreatywnego wykorzystania magii czy rozwinięcia wątków z poprzednich książek dotyczących głównego bohatera i jego miejsca w tym świecie. Nic nie idzie na przód, kończymy tą książkę w tym samym miejscu w którym ją zaczynamy. Gdzieś zgasło to za co pokochałem serię i po przeczytaniu zarówno tego i jak i poprzedniej nic nie wnoszącej trylogii ruskiej, mam wrażenie że już nie wróci.
Pierwsze moje spotkanie z tym pisarzem i cyklem. Niestety nieudane. Czułem się jakby jakiś podstarzały facet, śliniący się na kobiety i uzależniony od alkoholu próbował wbić się w niedawno rozsławiony nurt cozy fantasy. Niestety bezskutecznie. Nudne, przegadane, rozwiązania fabularne takie, że aż prychałem, nie mogąc w nie uwierzyć. Mnóstwo alkoholu, seksualnych podtekstów. Nie dla mnie.
Jakby skrócić o 20% to i ocena wzrosłaby z 4 do 5. Dla miłośników Madderdina obowiązkowo. Nowi czytelnicy lepiej niech nie zaczynają od tego tomu. (Ale Kaszlica i cały zestaw odniesień do Covid świetne)
3,75 Niech Was nie zrazi to, że „Ja inkwizytor. Dziennik czasu zarazy” jest 16 tomem serii. Jak sam autor zaznacza w przedmowie jest to „autonomiczna powieść, którą mogą przeczytać zarówno osoby mające pierwszy raz do czynienia ze Światem inkwizytorów jak i weterani cyklu”, jednak mnie chwilę zajęło zaznajomienie się ze światem, tak samo z głównym bohaterem – inkwizytorem Mordimerem.
Piekara zawsze wydawał mi się jednym z najpopularniejszych polskich autorów fantasy, od kilku lat czułam ogromną ochotę na zapoznanie się z jego książkami, zdawałam sobie też sprawę z opinii, która krąży na jego temat w Internecie...
Miasto Weilburg nawiedza potworna choroba - kaszlica. Zaraza ta zbiera ogromne żniwo, dlatego też podjęto decyzję o kwarantannie i zamknięciu bram. Mieszkańcy obawiają się o swoje życie, panuje wśród nich strach i niepewność. Porządku pilnuje Święte Officjum, na czele którego stoi słynny już dla niektórych inkwizytor Mordimer Madderdin.
Muszę przyznać, że książkę czyta się bardzo szybko, napisana jest lekkim językiem, a pierwszoosobowa narracja jest prowadzona bardzo przyjemnie, bez zbędnych rozmyślań bohatera. Zastrzeżenie mam do kreacji postaci, głównie kobiecych, ale chyba nie chcę się na ten temat tutaj wypowiadać, trzeba podejść do tego z otwartą głową, to fikcja literacka i na tym się skupiłam.
Ciekawym aspektem były odniesienia do epidėmii, która i nas niedawno nawiedziła, widać gołym okiem, że autor inspirował się niektórymi wydarzeniami, które nas podczas niej spotkały. Niektóre momenty były żywcem wyjęte z naszego życia, w całkiem zabawny sposób. Cieszę się, że miałam okazję zapoznać się z twórczością tego autora, ale raczej nie będę kontynuować ani nadrabiać serii.
A decent but not great addition to the adventures of inquisitor Mordimer Madderin. This one reads more like a piece of crime fiction than a fantasy. The coughing sickness present in the story was clearly inspired by the coronavirus pandemic so not the most original idea. Having said that, I did like the book's setting, in the deeply corrupt city of Weilburg along with its intriguing characters, such as pharmacist Jonatan Baum, the maiden Kinga, Councillor Arnold Zoll and the evil nobleman Archdeacon Umberto Cassi.
Wersja polska: Przyzwoity, ale niezbyt dobry dodatek do przygód inkwizytora Mordimera Madderina. Tę czyta się bardziej jak kryminał niż fantastykę. Obecna w opowieści kaszelnica była wyraźnie inspirowana pandemią koronawirusa, więc nie jest to najbardziej oryginalny pomysł. To powiedziawszy, podobało mi się otoczenie książki, w głęboko skorumpowane miasto Weilburg z jego intrygującymi postaciami, takimi jak aptekarz Jonatan Baum, dziewica Kinga, racja Arnold Zoll i zły szlachcic archidiakon Umberto Cassi.