Łysiak jest ulubionym autorem mojego taty i po latach namawiania w końcu wzięłam się za Flet z Mandragory, który uważa za jedną z najlepszych książek Łysiaka. W przedmowie trzeciego wydania, które wpadło w moje łapki drogą przedśmiertnego dziedziczenia, pada informacja, że Łysiak, jako jedyny autor PRLu miał całkowity zakaz publikowania i czytając go nie jestem zdziwiona. Mocno alegoryczna, chwilami poetycka i oniryczna, książka zdecydowanie odnosi się do każdego rządu, który ma totalitarne zapędy, przez co w wielu momentach widziałam aż za wiele podobieństw do chwil obecnych (główni bohaterowie, wyobraźcie to sobie, są wysoko postawionymi w rządzie bliźniakami - jeden zajmuje się bezpieką, drugi torturami - a było to pisane a latach 70tych! Ciary przeszły mi po kręgosłupie).
Mam spore podejrzenie, że pisząc wiele z tych scen autor musiał albo mieć niezły narkotyczny odjazd albo zapomniał chwilowo wziąć leków na którąś z bardziej interesujących chorób psychicznych, bo czytając miałam przed oczami obrazy Boscha, a w głowie turlały mi się ciężkie symfonie Beethovena, choć sama książka jest pisana raczej w sposób prześmiewczy i wywołała u mnie chichoty więcej niż raz. Gdybym powstał kiedykolwiek film na podstawie Fletu w tle leciałaby Oda do Radości, a na ekranie pojawiałyby się średniowieczne narzędzia tortur. Stylem większości artystów-szaleńców Łysiak jest geniuszem słowa. Warstwy językowa, stylistyczna i historyczna są na najwyższym poziomie.
Punkty karne dostaje Łysiak za jawny seksizm, obsesję falliczną i niepotrzebną ilość przemocy seksualnej na kartach. Gdyby nie to byłoby zdecydowane 5/5