"OSTRZE ELFÓW", pierwszy z trzech tomów "Pierścienia Mroku" (nieoficjalnej kontynuacji "Władcy Pierścieni") NIKA PIERUMOWA - rosyjskiego pisarza i wielkiego fana twórczości Tolkiena - czytałem po raz pierwszy w okresie wzrostu popularności oryginalnej trylogii, gdy na ekranach kin tryumfy święciła filmowa adaptacja "Drużyny Pierścienia" Petera Jacksona. Wówczas miałem już za sobą kilkukrotnie przeczytane wszystkie wydane w Polsce (w tamtym czasie) książki J.R.R. Tolkiena, pozostałe dwa filmy trafić miały do kin dopiero kilka miesięcy później a z wydanym kilka lat wcześniej "obrazoburczym" i przewrotnym "Ostatnim Władcą Pierścieni" Kiryła Yeskova nie było mi za bardzo po drodze.
Prószyński i S-ka "wstrzeliło" się wtedy bardzo dobrze w czas, wydając popularną już wówczas (w oryginale "Ostrze..." ukazało się w 1993 a ostatni tom serii w 1998) w wielu krajach - zwłaszcza w Europie wschodniej - "trylogię" Nika Pierumowa. Ów - będąc, jak wspomniałem wyżej - wielkim fanem twórczości Tolkiena (do tego stopnia, że sam przemyconą z Zachodu "kontrabandę" z niedostępnymi w ZSRR książkami Tolkiena tłumaczył z angielskiego na użytek własny a później i swoich przyjaciół z fandomu) - podszedł do tematu bardziej standardowo niż jego kolega po piórze Yeskov i opowiedział historię subtelniej polemizującą w niektórych kwestiach z pociągniętą grubą kreską "baśnią" (z dość oczywistym podziałem na Dobrych i Złych) J.R.R. Tolkiena, ale jednocześnie w niczym nie urągającą oryginalnemu dziełu.
I choć jego książki zyskały sobie tyluż zwolenników, co przeciwników - frakcje jednych i drugi toczą zacięte boje na internetowych forach do dzisiaj - i często zarzucano mu błędy, lub przeinaczenia w odwołaniu do chronologii, geografii i mitologii tolkienowskiego wszechświata (tu dodać trzeba, na obronę Pierumowa, że i samemu Tolkienowi zdarzało się to i owo czasem pomieszać) - to efekt jego pracy okazał się przyzwoitą, wciągającą i całkiem solidnie stojącą - w sferze opowiadanej, oryginalnej historii - na własnych nogach powieścią fantasy.
Oczywiście, różnice stylu i sposobu opowiadania historii są zauważalne i trudno mierzyć talent pisarski Pierumowa (który, notabene "Pierścień Mroku..." wydał w wieku dwudziestu lat) z Tolkienem, ale jeśli już przełknie się fakt, że ma się do czynienia ze świetnie napisanym fan fiction, dość szybko przejdzie się do porządku dziennego nad faktem, że się Śródziemie w ciągu tych trzystu lat, jakie upłynęły od zniszczenia Jedynego Pierścienia i pokonania Saurona, dziwnie zeslawizowało - i to czuć nie tylko w dialogach, ale też w nowych elementach mitologii, bestiarium a nawet w imionach bohaterów i w niewystępujących u Tolkiena nazwach geograficznych - to łatwo przyjdzie się Wam cieszyć całkiem nową przygodą w Śródziemiu z fantastycznie napisanymi postaciami głównymi i świetnym antagonistą - choć ten w pierwszym tomie jest zaledwie zaanonsowany, aczkolwiek w kilku znakomitych scenach!
A w skrócie: Wróciłem do trylogii "Pierścienia Mroku" dzięki jej wznowieniu na rynku polskim przez wydawnictwo Storybox.pl. Trochę się tego powrotu obawiałem, myśląc że po latach urok pierwszego czytania, w trakcie którego podobało mi się "Ostrze elfów" ogromnie, pryśnie. A jednak nie - to wciąż niezwykle sympatyczna, skonstruowana według najlepszych reguł fantasy - co nie stanowi dla mnie w tym przypadku wady - powieść osadzona w ukochanym uniwersum. Lubię też Pierumowa za to, w jaki sposób wplata do "Ostrza elfów" bohaterów z oryginalnej trylogii - robi to pomysłowo i z szacunkiem (choć jeden raz zdarzyło mu się "przeskoczyć rekina") i jak nawiązuje do wydarzeń z książek Tolkiena. I za to, że robi to lepiej niż robią to - aby nie szukać przykładów za daleko - twórcy adaptacji w postaci gier komputerowych ("Shadow of Mordor") i - co przyznaję z bólem serca - Peter Jackson w swoim "Hobbicie" (Pierumow dał piękny przykład, jak powinno się wprowadzić postać Radagasta).
Tak więc "Ostrze Elfów" polecam gorąco - książka będąca dobrą rozrywką, która zabierze Was w dobrze znane - i zupełnie nowe! - krainy i która może nie sprawi, iż nazwisko autora (który swoją drogą wziął się właśnie za "przepisywanie" mniej udanego tomu trzeciego) pamiętane będzie za kilka pokoleń, ale nie "krzywdzi" oryginalnego dzieła w sposób, w jaki pastwi się obecnie - całkiem oficjalnie! - nad uniwersum "Diuny" Franka Herberta. I, szczerze mówiąc, chętnie obejrzałbym taką kontynuację według prozy Pierumowa w kinie.
A tymczasem zabieram się z drugi tom - "Czarną Włócznię" - którą zapamiętałem, jako najlepszą część tego cyklu. Pora się przekonać, czy i ta książka wytrzyma "próbę czasu".