Imponujący, trzynasty i zarazem ostatni tom przygód Petera Parkera jako Spider-mana w świecie Ultimate. Ale spokojnie, szybko jest pokazane że nic w przyrodzie nie ginie...
To już jest koniec, nie ma już nic. Bendis już raz był blisko, aby wyeliminować Pajęczaka, ale postanowił jeszcze przez jakiś czas pociągnąć serię. I moim zdaniem zrobił bardzo źle, bo rozwiązania jakie zastosowano w tym tomie nie są w moim odczuciu optymalne. Zobaczmy gdzie się znajduje Peter na początku tego świetnie wyglądającego tomiszcza. Przeżywa niedawne wydarzenia w których pewni meta ludzie przejęli jego tożsamość i nawywijali sporo złego, co spało jak obuch, na głowę bohatera.
Pokomplikowało to jego życie prywatne, w tym uczuciowe, więc trochę czasu spędzimy na poukładaniu pewnych spraw osobistych. Niemniej Pajęczak został wreszcie dojrzany przez Ultimates, który postanowili, że Parkera trzeba przeszkolić, bo to obiecujący kąsek, który w przyszłości może odegrać ważną rolę. I tak widzimy Pajęczarza w towarzystwie Iron-Mana czy Kapitana Ameryki. Z tym pierwszym nasz bohater będzie miał najlepszy kontakt.
Mamy tu sporo wątków z poprzednich tomów, które autor domyka. Wraca więc Czarna Kotka, Mysterio czy J. Jonah Jameson, który zmienił się nie do poznania. I nagle mamy płynnie wplecione w wątek Pajączka spore wydarzenie w ramach świata Ultimate. Starcie starego zespołu Ultimate z Kapitanem Ameryką na czele kontra Nick Fury i jego ekipa. Okazuje się, że Fury ma być skorumpowanym zdrajcą, podczas gdy Fury ma informacje, że SHIELD aktualnie zarządzana przez Carol Danvers też ma sporo za uszami i może brać w międzynarodowej aferze.
Jak widać ktoś nimi bardzo ładnie pogrywa i pośrodku tej walki znajdzie się właśnie Peter, który odniesie tu ranę, która przełoży się bezpośrednio na jego porażkę. Bowiem złowieszcza szóstka z Normanem Osbornem znów wystawi swój łeb. A Parker zostanie z tym problemem pozostawiony sam. Męczył mnie ten wątek, bo choć był dynamiczny, to ile można. Kiedy stało się to co stało, nie poczułem oczekiwanych emocji, a lekkie rozczarowanie na zasadzie: "to już?".
Koniec jaki mógł spotkać Petera w poprzednich tomach byłby bardziej godny postaci niż to co tu dostajemy. Fajnie, że postać mogła się pożegnać z najbliższymi, bo na to zasługuje, ale serio? Krótka seria zatytułowana "Fallout" tylko rozmywa te uczucia, dodatkowo wprowadzając mały zamęt. Prezentowany jest nowy Spider-man. Gwen wygląda jakby była szczęśliwa, że wszystko się skończyło i odchodzi z ciocią May. Mary Jane Watson zostaje potraktowana po macoszemu. Fajnie, że widzimy jak śmierć Parkera wpłynęła na ludzi w Nowym Jorku, jak i niektórych bohaterów, którzy kiedykolwiek walczyli po jego stronie.
Tyle, że uczucie niedosytu pozostało i mam takie nieodparte wrażenie, że z czegoś mnie ograbiono, a wrzucenie nowego bohatera zaraz po śmierci tego ukochanego, jak zresztą sama nowa postać podkreśla, jest nie za bardzo na miejscu. Wiem, że jak umarł król, to niech żyje król, tyle że... Rozbija to imersję, którą autor chciał uzyskać. Średnio to wyszło.
Nie zmienia to faktu, iż cały zbiór jest imponujący i prezentuje się fajnie na półce. Tylko jeszcze kreska budzi we mnie różnorakie skojarzenia. Bo przy starciu Avengers z Ultimates wygląda to wybornie, tak przy Fallout wygląda to miejscami BARDZO słabo. W kwestii kreski mocno nierówna pozycja. Nie wyobrażam sobie nie posiadania tej książki w kolekcji, więc mogę tylko polecić mimo pewnych mankamentów.
Cała ta seria jest na tyle miodna, że stoi na pewno na podium pozycji z serii Marvel Classic, zaraz obok Daredevila czy Kapitana Ameryki. Koniec, ale nie idealny.