Well, that happened.
To nie jest tak złe jak "Wodnik", ale nie dorównuje częścią 1-5. Zdecydowanie na plus jest ponowne sięgnięcie po bohatera zbiorowego jakim są mieszkańcy Mariefred, początek bardzo ładnie akcentuje zmianę, jaka w nich zaszła, choć nie ukrywam, możnaby z nią zrobić coś więcej, "Bjera" była pod tym względem o wiele bardziej satysfakcjonująca.
"Zaraza" znowu nie jest straszna. Choroba nie ma prawie nic wspólnego z czymkolwiek, pogoń za impami również (poza jedną ilustracją, Henrik Jonsson wiedział co robić, kiedy designowal te małe koszmarki). Czuć, że jest to przejście do następnej fajnieszej części. Jest konsekwentnie i zgrabnie zbudowany most, ale sam w sobie niczym nie zachwyca.
Żartów o pierdzeniu nie skomentuję.
Larsson i Korsell (autorki) oraz Magdalena Landowska to match made in hell. One przedobrzają z anglicyzmami "bo tak młodzież mówi", a ona nie zna języka młodzieży i wymyślą słowa, których nikt nie używa ("coolowe", "youtubowcy"). Ała.
SPOILER
Iris w tym tomie zamienia się w idiotkę pod koniec. Ja rozumiem, że ma trust issues, ale po 3 częściach znajomości z Estrid powinna rozumieć, jaką postacią ona jest? Zresztą, ona nie ma żadnej racji w ich konflikcie i to frustruje najbardziej, bo powinna jakaś mieć, aby ich kłótnia i następująca po niej decyzja o ucieczce nie wydały się wymuszone.
KONIEC SPOILERA
Smuci mnie fakt, że następnych tomów nie wydano po polsku, ale może kierunek, w jakim ta seria zdaje się zmierzać od szóstej części, trochę uśmiechy tą żałość? 3,5/5 zaokrągleniem do 3.