Po tym jaką „popularnością” cieszyły się nad Wisłą poprzednie komiksy autora wnioskuję, że ktoś zapomniał powiedzieć czytelnikom w Polsce jak świetnym i wartym poznania twórcą jest Marcello Quintanilha. Z „Marcią” będzie inaczej, bo deszcz nagród (w tym ta najważniejsza - Angouleme), bo premiera na rynku amerykańskim w zacnym Fantagraphics, no i kolorki - kolorki się zawsze sprzedają lepiej, a te naprawdę robią wrażenie, gdyż autor stosuje je z iście popartowym rozmachem.
Sama opowieść? Kapitalnie wykreowane postacie z krwi i kości. Marcia to taka swojska babka, która każdemu pomoże i o każdego się martwi. Zaradna, bo nie ma wyboru. Rzeczywistość Rio jest brutalna, życiowy partner poczciwy, ale ciapowaty, a córka niesforna. Jej problem jest taki, że kocha za bardzo. Kocha tak bardzo, że poświęca siebie i swoje szczęście tylko po to, by ratować innych, nawet jeśli kompletnie na to nie zasługują - Marcia kocha bezwarunkowo. Nie pamiętam jaki komiks ostatnio poruszył mnie tak bardzo. Nie mówię o zwrotach akcji, bajeranckich rozwiązaniach formalnych i zachwytach nad pomysłowością twórców. Mówię o najprostszych emocjach.
Formalnie jest blisko perfekcji. Akcja toczy się w filmowym stylu. To jak niektóre sceny wynikają z poprzednich choć dzielą je skoki czasowe, jak autor „operuje kamerą” zaczynając scenę np. od spojrzenia na buty rozmówców, wreszcie jak naturalnie prowadzi dialogi (szacunek dla Jakuba Jankowskiego za świetne tłumaczenie) czyni z dzieła Quintanilhy jeden z najważniejszych komiksów tego roku nad Wisłą, ale pewnie także na świecie. Nie napiszę, że ideał, ale jesteśmy naprawdę blisko.