Nie mogę pojąć, jaki jest sens pisania takiej książki jak "Trociny". Jakiś czas temu zapoznałem się z "Masakrą", późniejszą powieścią Krzysztofa Vargi, i byłem całkiem zadowolony - garnitur zrzędzeń i rozmaitych uwag dotyczących rzeczywistości został tam ubrany w płaszczyk jednej groteskowej, surrealistycznej nocy, co miało swój urok i przykrywało wyłażącą czasem płytkość większości zawartych tam przemyśleń. "Trociny" niestety niemalże pozbawione są jakiejkolwiek ramy narracyjnej, a zbierają się w kupę narzekań, które wymagają naprawdę dużej dozy cierpliwości u czytelnika - chyba że owym czytelnikiem jest piętnastoletni frustrat, co to właśnie odkrył, że ludzie są zasadniczo wstrętni. Och, jaki ten kraj brudny. Och, jaki ten kraj szary. Och, jaki ten kraj pełny odrażających kreatur. Och, jaki ten kraj pełen rzeczy, które można zupełnie bez powodu porównać do czegoś związanego z seksem lub defekacją (zauważam, że to stały motyw u Vargi). Na widok samego wyrażenia "w tym kraju" będę chyba przez dłuższy czas dostawał odruchu wymiotnego, bo pada ono w książce dziesiątki razy.
Ogólnie rzecz biorąc, "Trociny" to zbiór przelanych na papier myśli, które chyba każdy docelowy odbiorca - podobny do narratora sfrustrowany inteligencik pracujący poniżej swoich mniemanych kwalifikacji - już miał i raczej nie ma potrzeby do nich wracać. Owszem, można dać autorowi jakiś kredyt zaufania i założyć, że satyra jest dwupoziomowa, skierowana zarówno na "ten kraj", jak i właśnie narcystycznie nastawionych malkontentów, stawiających się ponad to wszystko. Nawet przy takim założeniu pozostają dwa problemy - satyra nie jest na tyle odkrywcza, żeby uzasadniać swoje istnienie, a do tego totalnie podminowuje ją zakończenie, które wydaje się być kompletnie niezasłużone i wyciągnięte z kapelusza.
No a już poza tym wszystkim "Dzień świra" powstał dekadę wcześniej i nie potrzebuje tak minimalnie zaktualizowanej wersji, jaką chyba chcą być "Trociny". Szkoda czasu.