3,25/5⭐
Nie zamierzam się chyba rozwodzić jakoś długo nad wstępem do tej recenzji. O tym, że Pan Lodowego Ogrodu jest poprawny, ale bez przesady, nagadałam się już bóg wie ile na przestrzeni poprzednich dwóch recenzji, a nie mam zamiaru się powtarzać. Wielkie podsumowanie wszystkich za i przeciw zostawię sobie na recenzję ostatniego tomu.
A tymczasem tom trzeci. Najkrótszy ze wszystkich, i chwała bogom za to. I dzięki temu póki co najlepszy. Niech was nie zmyli to, że ocena jest dokładnie taka sama, jak tomu drugiego – nie czuję, aby ta konkretna książka zasługiwała na 3,5⭐, ale możecie sobie przy ocenie postawić mentalnego plusa.
Cieszy mnie to, że z tomu na tom jest coraz lepiej. Przynajmniej już tak nie cierpię na brak zaangażowania. A tu od pierwszej strony byłam naprawdę mocno wciągnięta w to, co dzieje się w fabule. Zwłaszcza, bez żadnych niespodzianek, wątek Terkeja przyciągał moją uwagę. Lubię to, jak on jest prowadzony – ma taki typowo high fantasy klimat, no i nie jest nawet w połowie tak męczący, jak Vuko. Przygody Terkeja interesują mnie nieskończenie bardziej niż cokolwiek innego w tej serii, no a w tym tomie znalazłam swój kolejny już ulubiony rozdział (Dolina Naszej Pani Bolesnej to tak dobry twór, wierzcie mi).
Jeśli zaś chodzi o Vuko, to przypominam – nie lubię typa. Ani trochę. A w tym konkretnym tomie to on tak w zasadzie nic nie robi, serio. Płynie magicznym statkiem, który w dodatku jest magicznie zaprogramowany, ot co. Wchodzi w jedną bójkę, nie więcej. Smęci i snuje się przez większość czasu, udając, że jest jakiegoś rodzaju bohaterem. Nudne to jak flaki z olejem, wybaczcie mi.
Moja teoria z zeszłego tomu, dotycząca tego, że tym książkom lepiej by zrobiło, gdyby były tak o 1/3 krótsze, doskonale sprawdza się w tym tomie. Jest on krótszy o jakieś 100 stron od poprzedników i nie mogę powiedzieć, by cokolwiek choć raz mi się tu dłużyło. Fabuła była równa i dynamiczna, oczywiście poza faktem, że Vuko przynudzał. W końcu też zaczyna się coś dziać w kwestii rozwiązywania niewiadomych! Łączą się wątki, wyjaśniają się pewne sprawy i jak na moje, to to działa całkiem nieźle. Nie jestem może jakąś super wielką fanką tego, jak zostały zszyte ze sobą pewne wątki, ale okej, jestem w stanie to przyjąć.
Niezmiennie zadziwia mnie fakt, jak wiele rzeczy da się w tej serii zseksualizować. Kiedy dotrę do końca całej tej historii i napiszę sobie jakieś dłuższe podsumowanie, na pewno pojawi tam się cała lista rzeczy/osób/konceptów, które zostały sprowadzone do roli obiektów seksualnych, ale póki co nie jestem pewna, co prowadzi w moim osobistym rankingu – fragment podświadomości Vuko, czy pionek do gry w coś szachopodobnego.
Zachwyca mnie także nieustannie fakt, jak bardzo niektórzy pisarze są w stanie się natrudzić, żeby nie zrobić przypadkiem z kobiet jakichś, broń boże, ciekawych czy samodzielnych bohaterek. Jestem niemal pewna, że w tej książce odzywają się dwie kobiety, z czego jedna jest wyżej wspomnianym fragmentem świadomości Vuko, a druga okropną antagonistką, której jedyną wadą jest to, że nie miała ochoty dłużej być podwładna swojemu mężowi i pod jego nieobecność przejęła władzę. No, doprawdy straszliwe przewinienie, prawda?
Niezwykle przykro mi z powodu Sylfrany, która choć jest jedną z członków najbliższego kręgu Vuko, jako jedyna nie otrzymała ani jednej kwestii dialogowej na przestrzeni całej tej serii, a jej postać służyła tylko do tego, by zajmować czymś wygłodniałe myśli mężczyzn. My poor girl, zasługujesz na więcej.
Standardowo – mimo tych wszystkich niedociągnięć i niesnasków bawiłam się naprawdę całkiem przyzwoicie; najlepiej póki co na przestrzeni całej serii. Trochę nie wierzę samej sobie, że jestem już niemal na końcu całej serii, jeszcze przecież niedawno zastanawiałam się, czy nie rzucić tym w cholerę po pierwszym tomie. A tu proszę - Pan Lodowego Ogrodu naprawdę mnie zaskoczył. Jaki okaże się ostateczny wynik tego starcia, dowiemy się pewnie do końca miesiąca. Przede mną ostatnie 800 stron tej może nie wybitnej, ale naprawdę przyzwoitej serii.