To moje pierwsze spotkanie z autorem i zdecydowanie ostatnie. Dlaczego? Niby znam książki, w których trup ściele się gęsto, seks wypływa stronami, a dragi same wciągają się nosem. Ale tutaj było tyle bzdur... Choćby to, że typ osiem lat temu uległ poważnemu wypadkowi, po czym wyjechał sobie do Warszawy pod fałszywym nazwiskiem i został policjantem - bez przeszłości, bez niczego, a który w końcu wraca do Wrocławia, by pomóc rozwiązać zorganizowaną grupę przestępczą. Że co? To brzmi, jak słaby film Vegi. No ale uznając, że w końcu to fikcja, mamy Domino vel Bajora, który bzyka, gdzie popadnie siostrę swojej zmarłej ukochanej, wciąga kokę, jak szalony i wcale nie dziwi się, że przestępcy go nie sprawdzają, nie śledzą, nie pytają. Ot tak zatrudniają go do brudnej roboty. Ciągłe teksty, co to nie on, jaki to on nie jest zajebisty, jak wszyscy się go boją, i czego to on nie potrafi - zupełnie mnie do niego zraziły. Zwłaszcza, że na końcu okazał się zwyczajnie durnym pionkiem. Zdecydowanie nie mój klimat, nie moja historia i nie mój typ bohatera. Ciężko mi było przebrnąć.
This entire review has been hidden because of spoilers.