Czerwonej planecie bliżej do szarości
Kolonizacja Marsa, problemy terraformacji, polityka, ekologia i socjologiczne problemy – brzmi jak idealna książka dla mnie malutkiego socjologa. Kosik stawia nas na Czeronej planecie, gdzie życie jest równie suche jak atmosfera, a dystopijna rzeczywistość wydaje się aż za bardzo przypominać Ziemię. Bogaci trzymają się dobrze w luksusowych apartamentach, a biedni... no cóż, biedni to standardowo mają pod górkę, albo na Marsie, albo w dużym mieście Wojewódzkim.
Tyle że na tej czerwonej planecie pojawia się problem: wizja autora nie potrafi się wyemancypować. Co chwila coś nas rozprasza – a to przydługi wykład o terraformacji, a to nudne problemy bohaterów, które rozgrzewają jak zimna herbata. Owszem, Mars w teorii mógłby być bohaterem samym w sobie, ale Kosik zamiast pozwolić mu mówić, tłumaczy każdy detal, jakbyśmy byli na nudnym wykładzie bez prezentacji.
Bohaterowie – statyści własnej historii
A teraz, drodzy państwo, wchodzi plejada postaci, których imiona zapominacie szybciej niż przepisy na sałatkę jarzynową. Nasi przewodnicy po tej marsjańskiej telenoweli, są równie barwni co katalog mebli z IKEI. Relacje między nimi? Cóż, przypominają opowieści ciotki, która wyolbrzymia historie z rodzinnych obiadów. Tu niby coś się dzieje, ale brak w tym głębi, chemii czy zwykłego „czegoś”.
Polityka i nauka – gra o życie
Gdzie jednak Kosik błyszczy, to w warstwie politycznej. Wszelkie machinacje, populistyczne zagrywki i ekologiczne dylematy rozgrzewają książkę do czerwoności – i, przyznaję, miałem momenty, gdy czułem się jak na dobrej sesji RPG. Problem w tym, że narracyjna intryga rozłazi się w szwach. Kiedy wydaje się, że coś w końcu nabiera tempa, autor wrzuca pauzę, żeby po raz kolejny tłumaczyć, dlaczego terraformacja Marsa to nie bułka z masłem. Jak by te wzmianki są fajne tylko szczerze Kosik tak mnie zaciekawił innymi aspektami, że strasznie mnie one wybijają.
Podsumowanie: Mars – ambitna, lecz niedoskonała próba lotu
"Mars" to książka, która ma aspiracje. I to ogromne. Kosik chce, byśmy nie tylko zanurzyli się w science fiction, ale też spojrzeli w lustro i zobaczyli odbicie ludzkich wad – chciwości, głupoty i krótkowzroczności. Problem w tym, że czasem przeszarżowuje. Zamiast zanurzyć nas w fabule, utyka w intelektualnych wywodach. Które naprawdę nie są złe. Jednak na ilość stron jest tu za duża jak na ilość mięsa. Ta książka jest trochę jak taka chamska polska pizza. Może masz tam kilogram sera drugie tyle salami. Jednak ja wole te Neapolitańskie placki które są bardziej wyważone.
Czy warto po nią sięgnąć? Tak, jeśli jesteś cierpliwym czytelnikiem, który chce doświadczyć SF z solidnym zapleczem socjologicznym. Jest to solidne SF z problemu małej ilości stron.