A więc będziecie mieli dziecko. Gratulacje. A może to przyjaciołom urodzi się dzidziuś? To wspaniale. Myślicie sobie, że jest pięknie. I macie rację. Myślicie sobie, że wasze życie się zmieni - macie rację. Marzycie o życiu jak z obrazka w piśmie ilustrowanym: wy zrelaksowani, a uśmiechnięty maluszek rozkosznie gaworzy - no cóż, to nie do końca prawda. Sądzicie, że wasze życie się nie zmieni? Nic bardziej błędnego. Wasze małżeństwo przewróci się do góry nogami, zaczną się kłopoty w pracy i będziecie zmęczeni tak jak nigdy, i być może jedno z was zwariuje. Myślicie sobie, że to przesada? Ha, żeby to była choć połowa prawdy. "Dziecko dla odważnych” składa się z wcześniej wydanych pozycji: "Dziecko dla początkujących”, "Dziecko dla średnio zaawansowanych” oraz "Dziecko dla profesjonalistów”. W tomie znajduje się także superdodatek "Dziecko dla zawodowców”, zawierający niepublikowane dotąd opowieści.
W zasadzie nie wiem czy dać dwie gwiazdki czy pięć, bo jeśli miał to być antyporadnik czego nie robić z dziećmi, to faktycznie powinnam dać wyższą ocenę. Mam jednak wrażenie, że autor chciał uświadomić czytelnikom, że wychowywanie dziecka to nie jest prosta sprawa, a wręcz koszmar nie do opanowania, a nawet coś, co kończy normalne życie prywatne i zawodowe. Gdybym nie miała do czynienia z dziećmi, może i bym w to uwierzyła. Skąd dwulatek wie co to cola? Jak zafundować dziecku cukrzyce i nadciśnienie w przyszłości? Dawać mu cały dzień słodycze, chipsy oraz coca-colę na wieczór. Nic dziwnego, że dopiero o 23 można położyć dziecko spać, musi spalić jakoś cukier i kofeinę. Pod koniec książki już nawet mi żal było autora, jak pisał, że po zrobieniu jajecznicy niezadowolone dzieci ją wywalają na podłogę (co jest notorycznym zachowaniem u tych dzieci), a on je przeprasza i mówi, że się będzie bardziej starał. Dzieci robią co chcą i kiedy chcą, nie ma żadnych zasad i ograniczeń. Bardzo smutne.
Oczekiwanie na narodziny dziecka, to dla rodziców czas pełen radości, czytania różnych poradników mówiących o pielęgnacji niemowląt i ogólnym wychowaniu dzieci, układanie planów na przyszłość, no i przede wszystkim szykowanie wyprawki oraz przygotowywanie mieszkania na przyjście potomka. Jednak, gdy maluch jest już z nami, często życie zmusza nas do zweryfikowania nie tylko naszej wiedzy, ale także i planów. Dlaczego? Ponieważ te malutkie istotki są nieprzewidywalne. Zresztą każdy rodzic doskonale wie, o co mi chodzi… nie ma dwójki takich samych dzieci, więc nie będą jednakowo zachowywały się i rozwijały, bo tak jest napisane w „mądrych” książkach o rodzicielstwie. Właśnie to stara się nam uświadomić Lesze K. Talko w swojej książce Dziecko dla odważnych. Szkoła przetrwania, która jest swoistym antyporadnikiem gdzie znajdziemy sporo mocno przerysowanych sytuacji jak nie należy wychowywać swojej pociechy.
„SOS! W domu pojawia się małe stworzenie, które ryczy nie na żarty, za krótko śpi, ssie palec, robi kupy i dziwnie na ciebie patrzy.
Podobno człowiek może się przyzwyczaić do wszystkiego. Więc kiedy w domu pojawił się Pitu (wtedy jeszcze nie mieliśmy pojęcia, jak się będzie nazywał), przyzwyczailiśmy się.
Jakimś cudem zmieniałem pieluchę. Nie wiem, jakim cudem wkładałem mu nowe ubranko. Kolejne tego dnia. (Czy mi się wydaje, czy w książkach nic nie pisali, że przeciętny Pitulek potrafi się obrzygać dziesięć razy dziennie? Bo o tym, że w tym samym czasie dwadzieścia razy obrzyga rodziców, nie pisali na pewno).
Jakim cudem ludzkość nie wymarła, skoro tyle wysiłku trzeba włożyć w wychowanie jednego dziecka? A przecież są tacy, co mają dwójkę czy, uchowaj Boże, piątkę! Więc co? Nie śpią dziesięć lat z rzędu?”
Ta książka to niezawodny sposób na poprawę humory. Nie da rady nie śmiać się z tego, jak Leszek Talko opisuje, z przymrużeniem oka, swoje doświadczenia, jako rodzica. Powyższy cytat to dopiero początek tego, co serwuje nam autor. Wierzcie, im dalej tym wybuchy niepohamowanego śmiechu są jeszcze częstsze. Mój mąż tylko kręcił głową i uśmiechał się pod nosem.
Co ciekawe, wielu rodziców z pewnością uświadomi sobie w trakcie lektury Dziecka dla odważnych, że przechodzili praktycznie przez to samo… Próby zmęczenia dziecka tak, aby zechciało położyć się wcześniej spać, skutkowały „wypruciem” rodzica ze wszelkiej dostępnej energii życiowej. Na przykładzie pierwszych lat życia swojego pierworodnego synka zwanego Pitulkiem, uświadamia jak wielką indywidualnością jest każde dziecko, które nie lubi podporządkowywać się do zasad, jakie rodzice sobie wymyślili na podstawie reklam i tego, co przeczytali w mądrych=głupich poradnikach dla rodziców. Sami mieliśmy okazję się o tym (i kilku innych rzeczach) dowiedzieć na własnej skórze, w dość szybkim tempie. Nadia bardzo szybko wyprowadziła nas z błędnego myślenia, iż będzie zachowywała się i rozwijała w takim tempie jak to opowiadali na przykład pediatrzy lub położna. Nasza córa, tak samo jak Pitulek od Talki, potrafi w oczywisty sposób postawić na swoim i na nic zda się przekonywanie, proszenie czy też wymaganie. Sama wie lepiej, czego jej potrzeba i w kiedy.
Jak już wspominałam na samym początku, Dziecko dla odważnych to anty poradnik, w którym Talko obala wiele mitów o idealnym dziecku i jego wychowaniu, a jeżeli już macie okazję obcować z takim fenomenem to musicie sobie uświadomić, że najczęściej stoi za tym sztab nianiek lub babcia, która całe dnie spędza z wnuczką/wnuczkiem, aby matka mogła rozwijać swoją karierę oraz czerpać korzyści z życia bez obawy o dziecko. Leszek Talko stara się uświadomić, że dziecko zmuszane do perfekcji (czyste i schludne puszczane na plac zabaw nie może pobawić się z innymi, aby się nie ubrudzić) nie będzie szczęśliwe, a matki takich brzdący określa mianem mamafii. Również próby powstrzymania się lub późniejszego zatuszowania nieodpowiednich słów, które nam się przypadkowo wymsknie w stresowych sytuacjach, często gęsto skutkuje wykorzystaniem ich przez dziecko w najmniej spodziewanych momentach. Takich przykładów zaczerpniętych z książki można by było wymieniać bez liku tylko, jaki jest w tym sens skoro lepiej samemu przekonać się o tym w trakcie lektury.
Podsumowując, Dziecko dla odważnych to naprawdę świetna książka do treści, której należy podchodzić z dystansem i sporą dozą pobłażliwości. Autor wcale nie kryje się z tym, że niektóre z opisanych sytuacji zostały dość karykaturalnie przerysowane, ale temu nie powinien nikt się dziwić, jeżeli weźmie się pod uwagę, iż z początku wszystkie teksty były pojedynczymi felietonami publikowanymi w gazecie. Polecam nie tylko rodzicom lub osobom planującym powiększenie rodziny, ale także wszystkim pozostałym.
Myślisz, że macierzyństwo to różowe bobaski, fiołki zamiast śmierdzących bąków, wesołe gaworzenie i cukier-miód polany syropem glukozowo-fruktozowym? Uważasz, że Twoje dzieci są diabła warte i nie ma gorszej opcji niż ich posiadanie? Mylisz się grubo, może być gorzej! Pitu i Kudłata zedrą z Ciebie ostatnią nadzieję na to, że może być lepiej. Przygotuj się na podwójną dawkę humoru, absurdu (czasem odrobinkę przesadzonego moim zdaniem i rodzicielskiej beznadziei. Albo lepiej schowaj się w jakimś bunkrze! Z książką oczywiście. Więcej na https://konfabula.pl/ironiczne-ksiazk...
Ta książka to niby poradnik dla dorosłych. Niby. Została mi polecona (choć nie mam dzieci) przez osobę, która również ich nie ma i nie planuje, jako swoistą rozrywkę i dobre czytadło. Nie sądziłam, ze tak wiele się z niej dowiem na temat macierzyństwa i tacierzyństwa oraz dzieci w ogóle. Opisane w dużym dystansem i humorem, faktycznie dobrze się to czyta i pochłania jak niewiele książek. Teraz natomiast polecam ją głównie rodzicom, przyszłym rodzicom, którym przyda się nieco dystansu dystansu tematu.