Czego można się spodziewać po autorze, który dał nam wspaniałych Runaways? Więcej młodzieżowej dramy, podlanej sosem całkiem niezłej akcji, którą w tym tomie rozłożono na trzy historie. Przy czym jak to bywa z serią Ultimate jest to całkiem nowa interpretacja, często podobna, ale jednak różniąca się zasadniczo od świata 616.
I tak mamy krajobraz po burzy, gdyż grupa musi się mierzyć ze stratą przyjaciela. Niestety nie jest im dane odpocząć, bo ktoś zabija jednego mutanta i usiłuje zabić następnego. Po udaremnionym zamachu wychodzi na jaw, że agresorem jest nie kto inny jak niejaki Nathaniel Essex, czyli Mister Sinister w wersji Ultimate, którego wizja naprawdę zaskakuje. I jegomość ma całkiem porządny plan. I nie równo pod kopułą, jak się przynajmniej zdaje, bo końcówka tej opowieści zapowiada inną postać. Będzie GRUBO...
Niedługo potem przyjdzie nam obserwować uprowadzenie Rudej przez niejakiego Gambita, który ma się ku naszej mutantce, oj ma. W tle złowroga organizacja zarządzana przez dwójkę mało przyjemnych postaci i voila. Przepis na całkiem sporo pojedynków, ale deser jeszcze przed nami. Ktoś pamięta taką postać jak Mojo? Typek bardzo lubi organizować takie "Uciec, ale dokąd" z mutantami w roli głównej.
Traf chce, że młodzi i rwący się do walki członkowie ekipy szukają tylko pretekstu, aby zadziałać. I znajdują go, mocno narażając się na zgon dla jednego takiego mutanta, który ma interesujące zaplecze. Reszta to już standard dla tego typu tytułu. Sporo mocy, nieco bardziej lub mniej zabawnych tekstów plus parę sercowych uniesień, które tylko komplikują sprawy.
Pod względem graficznym nie mam nic do zarzutu względem piątej już odsłony przygód młodych X-men w świecie Ultimate. Nazwiska Immonen, Kubert czy Peterson to w tym przypadku gwarant naprawdę dobrej zabawy, która da Wam kilka dobrych chwil na jeden wieczorek. A tymczasem czekam na kolejny tom spod strzech Egmontu.