"W Przydrożnym barku powitają Was dzwonki przymocowane nad drzwiami, kolorowy kapelusz pewnej pani, żółta laska pana oraz dwie wiedeńskie torebki. W poziomkowym miesiącu, który w przydrożnym barku trwa bez przerwy, pachną owocowe koktajle i dojrzewa miłość, chociaż świat na zewnątrz nie zawsze bywa pogodny".
W książce przeplatają się losy bardzo różnych ludzi, których łączy jedynie bycie stałymi bywalcami Przydrożnego Barku. Lekka, chwilami zabawna lektura na odstresowanie.
Ciekawym zabiegiem była postać narratorki, która nie mogła się zdecydować czy jest pisarką Izabelą, siostrą Miry, aktorki charakterystycznej, czy wszechwiedzącym bytem (a jednocześnie siostrą i Miry, i Izabeli). Moja interpretacja jest taka, że historia miała sprawiać wrażenie książki w trakcie jej powstawania, dla celów humorystycznych. Izabela pisała książkę o ludziach, których obserwowała w ulubionej jadłodajni, na pół opowiadając o ich życiu, na pół dopowiadając, o czym mogą myśleć i co robią, gdy Izabela nie może za nimi podążyć.
"Trzynasty miesiąc poziomkowy" to na chwilę obecną ostatnia książka autorki, którą posiadam w moim księgozbiorze. Szczerze, choć z lekkim ukłuciem w sercu, przyznaję, że to bardzo dobra dla mnie informacja. Zestarzałam się i już. Magia przestała działać.
Tę historię też trochę wymęczyłam, chociaż to tylko 118 stron. Poziomki, bomby, zupa selerowa i Petra z tymi swoimi malunkami. Tyle mi zostało w głowie, a właśnie książkę odłożyłam. To chyba nie jest pochlebna uwaga. Może jeszcze kiedyś wrócę do autorki i dokończę tych kilka sztuk, które mi zostały do przeczytania. Liczę, że drugi raz nie będę musiała spędzać czasu w "Przydrożnym barku". 5/10