Pierwszy raz w życiu miałam przyjemność (?) przeczytać książkę o mitologii afrykańskiej. Z ignorancją godną chyba tylko ucznia państwowej szkoły średniej podchodziłam dotychczas do kwestii religii Murzynów (jeden z moich kolegów, zobaczywszy mnie z tą książką, skomentował: „O, proszę, Biblia Afro-Afrykanów!” – rzeczywiście, „Czarna Afryka” dziś budzi pewne zabawne skojarzenia z kwestią poprawności politycznej, ale madamoiselle Zofia dwadzieścia sześć lat temu najwidoczniej takiego problemu nie miała – i całe szczęście) i „Mitologię Czarnej Afryki” nazwać można najpierwszym moim stopniem ku szczytowi afrykańskiej teologii, dlatego też nie godzi się, bym oceniła tę pozycję niżej, niż w górnej połowie Zdecydowanie-Za-Wąskiej-Skali. Recenzję książki chciałabym podzielić na dwie części, niejako odnosząc się do faktycznej wartości, jaką przedstawia. Pierwsza rzecz to sama treść, to znaczy – mitologia. Zasługa w tym autorki niewielka, zebrane przez nią mity pochodzą bowiem z kilkudziesięciu opracowań, starannie wymienionych w indeksie na kilku ostatnich stronach. Fakt faktem, musiała wykonać kawał długiej, monotonnej pracy, by je wszystkie zebrać w jedną całość, ale o ile nikt nas tutaj nie okłamuje, autorami mitów są same plemiona Afryki. W dziedzinie mitologii stawiam dopiero pierwsze kroki i moje amatorstwo rzuca się w oczy przy każdej prawdopodobnie próbie konwersacji, pozwolę sobie jednak stwierdzić, że mity Czarnej Afryki są naprawdę dziwaczne. Dopóki występowały w nich zwierzęta (jak na przykład Żółw zawinięty w tytoń – kto wiedział, że skóra Żółwia jest popękana, bo kiedyś spadł z bardzo wysoka, gdy upuścił go zaskoczony ptasi przyjaciel?), byłam w stanie jeszcze jakoś załapać te nielogiczne związki przyczynowo-skutkowe i nagłe, irracjonalne wybuchy gniewu bogów, ludzi i innych stworzeń (bóg stworzył człowieka, człowiek zszedł na ziemię i zaśpiewał, że jest człowiekiem, a bóg jest bogiem, więc bóg rozgniewał się i zamienił go w jakiś „pierwiastek zła”, od tego czasu „żyjący” wszędzie wśród nas, tyle że chyba głównie w Afryce), ale gdy dochodziło do zapładniania „wibracji” (Faro, potem określany/e jeszcze paroma innymi absurdalnymi nazwami) przez „ruch wirujący” („…zawierający pierwiastek żeński i męski”) i powstającej z tego związku pary ludzkich (?) bliźniąt, przestałam cokolwiek rozumieć. Mentalność Afrykańczyków odbita w ich mitologii dosłownie mnie poraża. Wydawało mi się kiedyś, że mentalność greckich bogów jest nie do zrozumienia – ale oni są przy czarnym panteonie zupełnie normalni. Działania bogów w Afryce zupełnie nie mają sensu. Wspólną ich cechą z grecką mitologią są z pewnością ich rozmaite nastroje i humorki, częste zemsty na sobie nawzajem i na ludziach, a także dość powtarzalny motyw „wspinania się (przez ludzi) do nieba” – tym razem po pajęczynie lub wysokim drzewie. W ogóle niebo Afrykańczycy wyobrażają sobie chyba najciekawiej (spośród tych, o których wiem, jak sobie niebo wyobrażali) – podobała mi się niezmiernie opowieść o tym, że kiedyś niebo było tak blisko, że dzieci po jedzeniu wycierały sobie rączki o chmury, a kobiety, młócąc zboże, musiały uważać, by nie trzepnąć narzędziem rolniczym boga. Zofia Sokolewicz przytoczyła kilka możliwych przyczyn tego, że dzisiejszy człowiek pozbawiony jest tak bliskiego kontaktu z bogiem. Większość z nich jest dość deistyczna, część mówi o obrażonym bogu, którego albo ktoś faktycznie dziabnął motyką, albo rozzłościł pychą. O ile pycha jest pewnym toposem, prostym do odnalezienia w bardzo wielu dogmatach religijnych, o tyle owo „trącanie” bardzo mnie zaskoczyło. To by oznaczało, że czarny człowiek mógł fizycznie skrzywdzić boga. Afrykański bóg jest zatem jeszcze niżej w hierarchii świata od greckich bogów, z którymi przeciętny człowiek mógł jeść, rozmawiać, kopulować, dyskutować – afrykański bóg z człowiekiem może się bić, co więcej, może przegrać. Co jeszcze warte zaznaczenia, po twórcach afrykańskich mitów spodziewałam się znacznie barwniejszej wyobraźni. Choć to zapewne kwestia kultury, i tak nie pasowało mi to, że wszystkie ich podania sprawiają wrażenie zupełnej płaskości – czyny nie mają nic wspólnego z emocjami, rozsądkiem czy logiką, zdają się być przypadkowe. Jeśli Pająk – nieopisana bliżej istota, raczej nie wielooki owad wielkości monety – pragnie „odkupić” od boga „historie nieba”, tajemnicze mity dotąd zarezerwowane tylko dla najwyższej istoty, może do niego pójść i powiedzieć: „Chcę odkupić Mity Nieba”, a wówczas bóg poda mu cenę, zaznaczając oczywiście, że do tej pory żadnemu – najsilniejszemu nawet – mężowi jeszcze się nie udało zdobyć ekwiwalentu tychże historii. Pająk natomiast nie ma z tym najmniejszego problemu – podobny Herkulesowi, wykonuje powierzone mu zadania (zdobycie zapłaty) za pomocą sprytu, choć jego sztuczki są, bądźmy szczerzy, mało kreatywne – żeby złapać lamparta, wykopuje dół, żeby on weń wpadł, a potem zwyczajnie namawia dzikie zwierzę do podania mu łap. Ciężko uwierzyć, że rzeczywiści „dzielni afrykańscy mężowie” nie wpadliby na takie rozwiązanie i czczą jako bóstwo sprytu Pająka, którego przebiegłość pozwoliła mu na tak niebywałe czyny. Nieproszony o żaden bonus do zapłaty, Pająk „dorzuca” bogu jeszcze swoją starą matkę. O starej matce wiemy tylko to, że jest starą matką. Nikt nie przeprowadza z nią żadnej rozmowy. Nie poznajemy motywów Pająka – czemu zaproponował bogu, że odda mu matkę, skoro nie musiał? Kim jest niby ta cała matka dla afrykańskiej społeczności?... Ku memu zaskoczeniu, kobieta odgrywa wcale sporą rolę w niektórych mitach. Przede wszystkim żadne podanie nie kwestionuje konieczności jej udziału w procesie płodzenia potomstwa, co w społeczności o silnie zakorzenionym modelu wielodzietnej rodziny ma większe, niż może nam się z początku wydawać, znaczenie dla przebiegu wielu przygód „ludzi z początków czasu”. Kobietę najciekawiej eksponuje jeden z kilku deistycznych, wspomnianych już mitów, o „obrażających się (choć może lepszym określeniem byłoby tu >>mszczących się<<) bogach”. Mówi on o długotrwałym, osadzonym na czystej złośliwości sporze pomiędzy starymi a młodymi kobietami w pewnej wiosce. Ponieważ nie mogły się one dogadać i stale tylko powodowały sobie nawzajem coraz to większe i większe kłopoty, mężczyźni poprosili boga o radę i bóg rozdzielił płcie – kobiety poszły w jedną, a mężczyźni w drugą stronę – żeby zapobiec dalszym kłótniom. Nie zrozumiałam sensu tej opowieści – przecież kobiety, główna i jedyna oś tego sporu, i tak zostały razem, a oddzielono je tylko od mężczyzn, niemających w sprzeczkach najmniejszego udziału. Świat bogów, według Zofii Sokolewicz krótkiej próby opracowania fascynującej, choć niezrozumiałej treści, stanowi swego rodzaju negatyw świata ludzi. Jest podobny, analogiczny, ale niejednokrotnie pokazuje to, czego ludziom nie wolno, mimo że i wręcz dlatego, że bogom wolno. Boscy synowie rzadko kiedy szanują swoich ojców. Jeden z nich wspina się z ojcem na górę po wodę, ale schodzi pierwszy, wyjmując za sobą kołki do wspinania i w ten sposób udaje mu się – zupełnie bez powodu! – uwięzić ojca na szczycie skały. Wraca po wielu godzinach z miską, do której od razu zasiada ojciec (jak gdyby nigdy nic…), i kiedy ojciec zaczyna jeść, syn mówi, że to, co jest w misce, to nie jedzenie, tylko łajno. I faktycznie – to łajno. O afrykańskiej mitologii można więc rozmawiać i dyskutować. Choć poznałam wiele jej oblicz, wiele odmian i wiele charakterystycznych cech, nadal – i tu właśnie zaczyna się druga część recenzji – jej nie rozumiem. Otóż „Mitologia Czarnej Afryki” jako opracowanie nie za dobrze spełnia swoją rolę. Faktycznie, jest pełną – i pod tym względem dobrą – kolekcją mitów. Być może bez skatalogowania ich przed autorkę ciężej byłoby je ogarnąć wszystkie razem w jednej całości za jednym zamachem. Zbiór – najlepsze chyba słowo na tę „Mitologię…” – jest więc dobrym przewodnikiem, dobrą antologią. Ale takie antologie już były, więc – co? Zawiodło mnie, że zupełnie inaczej niż w większości tego typu opracowań, Zofia Sokolewicz poświęciła naprawdę mikroskopijną część na przedstawienie ogólnej zasady, ogólnej teorii. Wymieniła plemiona, krótko je scharakteryzowała, osadziła w jakichś ramach historycznych i zaczęła w straszliwym chaosie wypisywać wszystkie ich wierzenia. Bez ładu, bez składu. Nawet podział na kilka rozdziałów niewiele pomógł. „Mitologia Czarnej Afryki” to jeden wielki chaos. Zofia Sokolewicz wymienia jedno bóstwo, opisuje jedną jego przygodę, po czym przechodzi do następnego, jakby bez związku, by za pięćdziesiąt stron znów wrócić do tamtego poprzedniego, zostawionego w pętli czasu samemu sobie. Wszystko to bardzo łatwo się miesza, szczególnie z uwagi na fakt, że mitologia afrykańska to trudny temat. Zofia Sokolewicz go nie wyjaśnia, tylko opisuje. „Mitologia Czarnej Afryki” Zofii Sokolewicz to ciekawa, dziwna i niezrozumiała książka, dobra jako antologia, kiepska jako opracowanie; raczej nikomu nie pomoże nauczyć się czegoś, jedynie dowiedzieć – więc jeśli ma stanowić jedynie formę rozrywki, jest w porządku. Czyta się zresztą bardzo przyjemnie.
Четох тази книга преди 14г и все още помня много от нея. Помня божеството Г’оя и как той е прав, защото е най-силен. Помня догоните и невероятни дълбокото им разбиране за космоса. Помня уникалното виждане на бушмените за тях самите. Книгата ме научи на много за различните племенни култури в Африка и попълни и разшири уважението ми към тях. Снимките на различни фетиши, маски, табуретки и други артефакти са изключително ценни и подпомагат смилането на текста. Ужасно трудно е да се намери копие, но не спирайте да опитвате, струва си.