Nie wiem, jak to się stało, ale ja naprawdę się bałam tej książki. Autentycznie. Były momenty, w których zastanawiałam się, czy nie zostawić zapalonej lampki na noc, bo atmosfera wciągała mnie tak bardzo, że zaczynałam rozglądać się po pokoju, czy przypadkiem coś się nie ruszyło, ale nie zostawiłam. Zgasiłam światło i doczytałam do końca, bo odłożyć się tego po prostu nie dało. "Miasteczko Nonstead" Marcina Mortki to dla mnie powieść z pogranicza thrillera i horroru, taka, która buduje napięcie nie tanimi straszakami, ale klimatem i niedopowiedzeniem. A to działa na mnie o wiele mocniej niż jakiekolwiek krzyki w ciemności.
Akcja rozgrywa się w małym miasteczku - i tak, to nadal jest jeden z moich ulubionych motywów literackich, więc autor już na samym starcie dostał ode mnie dużego plusa. Mam słabość do takich miejsc, do ich zamkniętych społeczności, tajemnic i tej nieuchwytnej aury, w której każdy coś ukrywa. Nonstead jest właśnie takie, niby spokojne, a jednak cały czas czułam, że coś wisi w powietrzu. To, co zaczyna się jak ucieczka bohatera przed przeszłością, bardzo szybko zamienia się w historię o konfrontacji z własnymi demonami - i to dosłownie.
Mortka świetnie wyważył fabułę. Z jednej strony potrafi zbudować napięcie tak, że czujesz ciarki na plecach, a z drugiej wplata w to humor i dialogi, które autentycznie bawią. Bo gdy pojawia się Skinner - alkoholik, drwal, bajkopisarz i jednocześnie najlepszy towarzysz, jakiego Nathan mógł sobie wymarzyć - robi się po prostu rewelacyjnie. Ich duet to coś, co totalnie mnie kupiło. Ta ich relacja, przekomarzania, nieporadność, a jednocześnie lojalność, która się między nimi rodzi, to serce tej książki. Nie zdziwiłabym się, gdyby autor kiedyś do nich wrócił, bo chemia między nimi jest tak naturalna, że aż żal byłoby ją zostawić tylko w jednym tomie.
Sama historia jest utrzymana w rytmie, który idealnie prowadzi czytelnika. Nie ma tu dłużyzn ani przeskoków, wszystko rozwija się płynnie, a przy tym masz wrażenie, że każda kolejna strona coraz mocniej zaciska pętlę wokół bohatera. W pewnym momencie już nie wiedziałam, co jest prawdą, a co koszmarem. Mamy tu motyw opętania, tajemniczej chaty w lesie, dziwnych zjawisk, które wymykają się logice, ale też elementy lokalnego folkloru i przeszłości skandynawskich imigrantów, którzy założyli miasteczko. To wszystko nadaje historii głębi, sprawia, że Nonstead wydaje się bardziej prawdziwe, jakby mogło istnieć naprawdę, gdzieś na końcu świata, ukryte we mgle i ciszy.
Zakończenie było dokładnie takie, jakie powinno być. Nie wybuchowe, ale dynamiczne i z tym efektem "wow”, który zostawia człowieka w lekkim oszołomieniu. Takie, po którym chwilę siedzisz i po prostu przetwarzasz to, co się stało. Ja byłam w pełni usatysfakcjonowana. A to rzadkość, bo przy takich historiach często zostaje niedosyt, ale tutaj nie. Tutaj wszystko kliknęło tak, jak trzeba. Jedno tylko muszę powiedzieć - nie wybaczę autorowi tego, co spotkało kotkę Zmorę. Kto czytał, ten wie. Moje serce kociary pękło na pół i chociaż wiem, że fabularnie to miało sens, to ja i tak nie mogę o tym zapomnieć. To był ten moment, w którym emocje sięgnęły zenitu, bo Mortka potrafi jednym zdaniem wcisnąć szpilę prosto w emocje.
"Miasteczko Nonstead" to książka, która łączy w sobie klimat klasycznych opowieści grozy z współczesnym tempem thrillera. Dla mnie? Idealne połączenie. Czyta się to błyskawicznie, ale zostaje w głowie na długo. Ja, osoba, która rzadko sięga po horrory, bo potem boi się własnego cienia, tutaj byłam zachwycona. Strach mieszał się z fascynacją, ciarki z ciekawością, a każda kolejna strona była trochę jak wejście w głąb ciemnego lasu - niby wiesz, że powinnaś zawrócić, ale coś ci każe iść dalej. I poszłam. I absolutnie nie żałuję. Bardzo, bardzo polecam!