Może to kwestia lepszego tłumaczenia, ale fabuła drugiej części jest dla mnie bardziej zrozumiała i mniej chaotyczna, niż w części poprzedniej. Może to też kwestia mojego uważniejszego czytania i zaznajomienia się już z bohaterkami i zasadami świata przedstawionego, może autorka też nieco poprawiła swój warsztat, może wszystko naraz. Przynajmniej wiedziałam tutaj (zazwyczaj), co się dzieje i na czym polega ta dzika intryga. I dobrze się przy tej książce bawiłam, a jednocześnie niesamowicie frustrowałam. Jednocześnie chciałam już ją przez ostatnie 60 stron skończyć, a jednocześnie przeczytałabym ją jeszcze raz. XDDD I pozostałe kilka części też bym przeczytała. Ja wiem, że ta książka jest raczej niszowa i chyba nie sprzedaje się wydawnictwu za dobrze, ale jak oni mi mogą zaserwować taką powaloną, narkotyczną jazdę, jaką jest całość wydarzeń tej powieści, a potem nie przetłumaczyć mi 3 tomu? Kiedy te wariatki nie naprawiły nawet jeszcze tego, co zepsuły? Wydawnictwo Insignis, błagam, bądźcie lepszym dilerem, dawajcie mi ten towar. Gdzie ja na rynku książki znajdę drugą taką powieść, w której w odstępie jakichś pięciu linijek od siebie mamy kłótnię o przynależność Krymu i rozważanie, czy z duchem można uprawiać seks? Gdzie? Ta książka to jest stan umysłu. To jest absolutne kino. To jest przekomiczna powieść przygodowa, która od czasu do czasu stara się włożyć na siebie płaszczyk Wielkiej Literatury i wychodzi jej z tego czysty absurd, chaos i szaleństwo, ale w tym szaleństwie jest metoda i czasami serce krzyczy, że chciałoby dać tej książce 4 gwiazdki (rozum stanowczo zaprzecza).
Generalnie bawiłam się przy tej części lepiej niż przy poprzedniej, ale jednocześnie dawno żadna fabuła i postać mnie tak mocno nie sfrustrowała, jak ukochana przez autorkę Masza i jej plan dokonywania OGROMNYCH zmian w historii. Ileż ja razy miałam ochotę udusić Maszę w tej książce, zacząwszy gdzieś od połowy, kiedy wykłada wszystkim swój plan... Niezliczoną ilość razy. W tym przypadku należy się ukłon w stronę autorki, bo udało jej się wykreować bohaterkę z taką kombinacją wad, że nawet mi, osobie, która lubi 95% znienawidzonych przez szeroką publiczność postaci kobiecych i która uważa, że nie ma lepszej cechy dla postaci niż "wkurwiająca", działała ona na nerwy. Nie jestem w stanie pojąć, jak HISTORYCZKA, która powinna postrzegać historię jako złożony proces, który nie ma jednej jasno określonej przyczyny i skutku, tylko składa się z tysiąca pomniejszych czynników, dochodzi do wniosku, że drastyczne zmienianie biegu dziejów 100 lat wstecz i zapobiegnięcie wydarzeniu, które jest chyba w top 3 najbardziej znaczących zdarzeń XX wieku nie będzie miało kosmicznie dalekosiężnych skutków polityczno-społeczno-ekonomicznych dla CAŁEGO ŚWIATA, a nie tylko dla jednego miasta czy kraju. Tym samym, spośród wszystkich zaprezentowanych przez autorkę wad Maszy, na pierwszy plan wysuwa się ta, która chyba nie miała być zamierzoną, czyli głupota i krótkowzroczność! A głupota nie jest fascynująca, jest jedynie irytująca. Już lepszy jest ten skrajny egoizm Maszy, którego nie jest świadoma, myśląc, że zbawia świat. To akurat chyba było intencjonalne. Z jednej strony Masza jest więc niesamowicie frustrująca, z drugiej strony, trochę aspiruję do napisania tak pojebanej postaci, która stwierdza, że jest w stanie poświęcić samą siebie, swoją rodzinę, niepodległość Ukrainy, równouprawnienie kobiet i jeszcze kilka innych rzeczy, jeśli ma to oznaczać życie 50 milionów ludzi, ale swojej ulubionej książki, na której punkcie jest obsesyjnie zafiksowana, poświęcić już nie jest w stanie. I dopiero to jej uświadamia, że popełniła błąd. Niebywałe.
Dasza zdecydowanie wygrywa w tej części podium najlepszej postaci. Infernalna Izyda, my beloved.
Jeszcze jedną rzeczą, która mnie w tej książce frustrowała, było samo założenie, że udaremnienie zamachu na Stołypina w 1911 będzie równoznaczne z zapobiegnięciem rewolucji październikowej. Ja wiem, że autorka założyła same najkorzystniejsze scenariusze w swojej wersji alternatywnej historii, ale skoro Stołypina próbowano zabić już wcześniej kilkanaście razy, a Bogrow mógł działać na zlecenie cara, to czy nie wydaje się prawdopodobnym, że nawet, jeśli w 1911 nikt nie sprzątnie Stołypina, to w ciągu najbliższych kilku lat zamach może ponownie zostać zlecony, z takim samym skutkiem jak w 1911? Czy Stołypin rzeczywiście byłby w stanie wprowadzić zapowiadane reformy i czy byłyby one wystarczające, aby załagodzić społeczne niepokoje? Bo ja osobiście jestem sceptyczna. Rewolucja październikowa miała o wiele szersze i bardziej złożone przyczyny. To nie jest hop, siup i już. Przez 3/4 tej książki byłam przekonana, że fabuła zmierza do punktu, w którym bohaterki przekonują się, że mimo powstrzymania zamachu rewolucja nadal się odbędzie i że cały ich plan był pomyłką. Okazuje się jednak, że nie, nie, plan zadziałał śpiewająco, rewolucji faktycznie nie będzie, ale i tak był on pomyłką. I teraz muszę siedzieć i czekać, i myśleć, czy wydadzą kiedyś w Polsce kolejne tomy, bo muszę wreszcie się dowiedzieć, jak one mają to zamiar odkręcić. XDDD