Ta seria jest jak powieści dla pensjonarek o życiu w szkole z internatem, tylko w realiach fantasy i bohaterem jest chłopiec. Ten pensjonarek.
W każdym razie, na tym etapie nie ma sensu mówienie, że powieść jest niesamodzielna i jawnie stanowi część serii, bo to już oczywiste. A jednak trzeba się powtórzyć i powiedzieć to jeszcze raz, bo to jest źródło wad powieści. Kiedy mówię, że powieść jest niesamodzielna, nie mam na myśli tego, że główna intryga rozgrywa się na przestrzeni kilku tomów, bo to normalne w serii. Mam na myśli to, że fabuła jest w zasadzie pretekstowa, a akcja jest tak powolna, że można ją przegapić, jeśli się nie uważa. Tutaj mamy dwa główne wątki: szkolne rozgrywki kirballa, czyli takiego quidditcha z magicznymi konikami i tajemniczą przepowiednię, która głosi, że niepochodzący z Valdemaru człowiek targnie się na życie króla. Z różnych powodów, podejrzenie pada na Magsa. Wiąże się to z tajemnicą jego pochodzenia oraz tym, jak wyalienowany jest wśród swoich rówieśników w związku z tym, że nie miał normalnego dzieciństwa i jego socjalizacja ma potężne braki. I wszystkie istotne informacje dla tego drugiego wątku uzyskujemy na początku powieści, a jego rozwiązanie w przedostatnim rozdziale. I można by z tego zrobić piętnastostronicowy rozdział w poprzednim tomie i nic by się nie stało. Przynajmniej pod względem fabularnym. Czy rzeczywiście jest to wada, zależy od tego, co się oczekuje od powieści Lackey. Ja raczej nie przyszłam tu po skomplikowane intrygi i wartkie akcje. Przyszłam po koniki i eskapizm.
Dostałam koniki.
Miałam sporo radości z czytania tej książki, ale głównie dlatego, że tęskniłam za Valdemarem. Było tu jednak wiele rzeczy, które mnie niepokoiły w najlepszym razie. Najwyraźniej ksenofobia w Valdemarze to teraz integralna część ich kultury i jest powszechnie akceptowalna. Dobrze wiedzieć, poczułam się jak w domu. Można zacząć się zastanawiać, czy kolegium Heroldów ma sens, jeśli w całej tej instytucji nikt nie reaguje na jawne znęcanie się nad głównym bohaterem. Nikt z Heroldów i wykładowców w każdym razie. I to znęcanie się, które prowadzi go do myśli samobójczych. Ta książka powinna mieć trigger warning. Wiem, że Lackey to nie tylko koniki i tęcza i jako autorka nie boi się mrocznych tematów, ale tutaj sobie nie poradziła. Głównie dlatego, że przedstawia wszystkie relacje, które nawiązuje Mags jako toksyczne.
Trochę czułam się jakbym czytałam plagiat z "Harry'ego Pottera". Mamy magiczną szkołę, magiczną grę i trójkę przyjaciół. Z tym, że żadne z nich nie ma tak wyrazistej osobowości jak Harry, Ron i Hermiona. Mamy Magsa, który przez większość czasu nie wie, co się dzieje i jest trenowany do tajnej misji (hmmm to brzmi znajomo), Lenę, która jest zakompleksioną córką sławnego barda i ma okropne kompleksy na tle tego, że ojciec jej nie kocha i Beara, który pochodzi z rodziny uzdrowicieli, ale nie posiada Daru, więc jest rodzajem czarnej owcy, którą bracia chcą zabrać z kolegium i schować gdzieś na wsi, żeby im wstydu nie przynosił i może ożenić z jakąś panną, co chociaż dzieci z Darem będzie miał. Każde z bohaterów ma okropną sytuację rodzinną. I dlatego rozumiem, czemu ich przyjaźń nie jest czysta i wspaniała i ponad całym złem tego świata. Nie mieli gdzie się czegoś takiego nauczyć. Są samolubni i małostkowi, i z całej trójki Mags stara się najbardziej. Moim problemem nie jest to, że powieść nie przedstawia ich przyjaźni jak czegoś wyjętego z epizodu "My Little Pony". Ba, podobał mi się moment, w którym Mags wybuchnął i wyrzucił im w twarz, co jest nie w porządku w ich zachowaniu. Chociaż za mało wygarnął Bearowi, że ten jest pasywno-agresywnym dupkiem i ugh, Bear jest najgorszy, niech go zamkną na tej wsi, nie dbam o niego. Tego rodzaju calloutowanie ludzi rzadko pojawia się u Lackey, bo u niej ludzie Dojrzewają I Widzą Swoje Błędy Sami Z Siebie (bo to się tak często zdarza). Nie podoba mi się to, że Lena i Bear praktycznie doprowadzili Magsa do samobójstwa, a potem to rozeszło się po kościach. Że Mags ich przepraszał za to, co im wygarnął, chociaż należało im się. To oni powinni przepraszać. Bardzo. I nie liczyć na przebaczenie. Mags powinien znaleźć sobie lepszych przyjaciół. Końcówka powieści to ostra emocjonalna jazda i nie byłam na to gotowa.
Więc to było wyczerpujące, ale też w sumie podoba mi się to, że Lackey tworzy tak niedoskonałych bohaterów, bo to jednak coś, co rzadko u niej czytałam. Wiem też, że angst się u niej pojawia, ale nie podoba mi się wykorzystanie myśli samobójczych jako chwytu fabularnego, bo to tylko o to chodziło w tym wątku, nie było tam nic o emocjonalnym rozwoju postaci. Koniec powieści jest bardzo gwałtowny (znowu byłam pewna, że brakuje mi stron w ebooku) i niczego nie rozwiązuje, na pewno nie napięcia, które powstało pomiędzy bohaterami. Ron, Harry i Hermiona mieli swoje kłótnie, ale w większości były lepiej pisane i miały więcej sensu i nikt nie uciekał przez nie z Hogwartu, żeby się zabić. Innymi słowy, jestem nie tylko rozczarowana, jestem trochę zniesmaczona. Chcę doczytać serię dalej, ale muszę zrobić sobie przerwę, bo nie wiem, czy zniosę czytanie o Lenie i Bearze w tym momencie. Naprawdę mnie wkurzyli.
Czy w powieści było coś fajnego? Traktowana po macoszemu intryga szpiegowska była miła. Podoba mi się to, że główny zły ma ciąg myślowy osób, które nie lubią powieści Lackey, tj. "Valdemar to kraina zamieszkała przez mięczaków żyjących w perwersyjnych związkach z własnymi końmi!". Jak wspomniałam, podobało mi się, jak Bear i Lena usłyszeli kilka słów o swoim gówniarskim zachowaniu. Nie podoba mi się, że to wyraźna wersja Pottera w świecie Valdemaru i że fabuła jest tak mocno niekonkluzywna. W zasadzie mamy dokładnie to samo rozwiązanie, co w poprzednim tomie i zaczynam się bać, że seria nie wykazuje tendencji do rozwoju. Jeśli będę czytać dalej to tylko po to, aby dowiedzieć się, kim są rodzice Magsa. Czytałam siłą rozpędu z pewnym zaciekawieniem, ale im więcej myślę o powieści po jej odłożeniu, tym mniej mi się podoba.