Gdyby szukać uzasadnienia dla terminu „powieść graficzna” używanego jako określenie dzieła odrębnego od komiksu, to „Visa tranzytowa” śmiało mogłaby być tak nazywana. W zasadzie poszłabym dalej i nazwała album de Crecy’ego esejem graficznym. To ogromne, rozbudowane dzieło, po brzegi wypełnione treścią, które nie tylko koncentruje się na opowiedzeniu historii, ale składa się z mnóstwa dygresji komentujących rzeczywistość. Trzonem opowieści jest wyprawa do Turcji, którą 20-letni autor odbył w towarzystwie kuzyna w 1986 roku. Młodzieńcy przemieszczali się starym, wysłużonym Citroenem Visa, przejeżdżając przez Włochy, Jugosławię i Bułgarię, aby zakończyć podróż w Antalyi, gdzie złapali samolot do domu. Oczywiście świat był wtedy zupełnie inny, nad Europą wisiała radioaktywna chmura z Czarnobyla, przemieszczanie się było trudniejsze niż dziś, ale chłopcy byli w piku młodości, więc nie przeszkadzało im spanie na dachu czy ziemi, usterki, syf czy głód. Liczyła się tylko podróż. Samochód mieli wypakowany francuskojęzyczną poezją (jeden martwy Belg nawet dość aktywnie naprzykrza się bohaterom z zaświatów) i kłębami papierosowego dymu, głowy mijanymi pejzażami i portretami napotykanych ludzi. Niestety, okazuje się, że po latach obrazy się zamazują na nie są już tak żywe, że nie można ufać własnej pamięci - i to właśnie jej funkcjonowaniu autor poświęca w swoim dziele sporo uwagi. Turecka ekspedycja to jedna z kilku podróży, które autor wspomina. Są tu wyprawy wysokogórskie i Korsyka, wycieczka w przeszłość i, chyba najciekawsza, wizyta w Białorusi, która dopiero co uzyskała państwowość po rozpadzie ZSRR, ale już zaczyna rosnąć w siłę reżim Łukaszenki. Autor zostaje tam zaproszony aby reprezentować Francję na jakimś zupełnie absurdalnym konkursie im Chagalla, przez dwa tygodnie ma stworzyć dzieło, które potem zostanie ocenione przez jury przypominające raczej komitet polityczny, ale zamiast pracować dziwi się temu co widzi dookoła i włóczy po Witebsku. Jeszcze inną podróżą, którą odbywa autor, jest maraton po gabinetach lekarskich, w których próbuje znaleźć źródło chronicznego bólu pleców, co jest pretekstem do refleksji o życiu, któremu towarzyszy nieustanne niewidoczne cierpienie. Kolejną bohaterką komiksu de Crecy jest sztuka, to jak może dawać wolność i nieskończone możliwości, ale też jak może cierpieć stłamszona totalitarnym buciorem.
Naprawdę, jest tu mnóstwo treści, mnóstwo refleksji, mnóstwo tematów, dlatego czytam „Visę tranzytową” jak esej, a że eseje lubię czytać, to z lektury komiksu też czerpałam dużo przyjemności, tym bardziej, że jest on doskonale narysowany. Kadry są jak małe obrazy, widać ogromny kunszt ich twórcy, momentami mocno przywodziły mi na myśl mojego ulubionego Gipiego.
Jest ten komiks na pewno bardzo frankofoński, momentami też przegadany, ale jednocześnie ciekawy i mądry, więc ja go doceniam.