Historia, która pozwala oswoić nieuchronność bycia w drodze.
Gwiazdozbiór Oriona rozświetla zimowe niebo nad Puszczą Białowieską. W dzikim i oszałamiającym lesie Eliza staje twarzą w twarz ze swoimi demonami, dźwigając bagaż własnych oraz cudzych historii i strat. Nie jest sama, w jej głowie wciąż dźwięczy głos Lou: przyjaciółki, niespełnionej miłości, siostrzanej duszy, która obdarowała ją zachwytem nad światem. Eliza jednak od dłuższego czasu nie ma z Lou żadnego kontaktu, dlatego postanawia podążyć jej tropem.
W Domu Oriona struktura konstelacji przenosi nas do kolejnych miejsc: Puszczy Białowieskiej, rozgorączkowanych Aten, lasu deszczowego w środkowym Meksyku. Podążamy za intrygującymi i tajemniczymi splotami losów ludzi, zwierząt, minerałów i gwiazd, pozostających w nieustającym ruchu.
Julia Fiedorczuk w charakterystycznym dla siebie stylu po raz kolejny zabiera nas w podróż do świata przyrody nierozerwalnie związanego z człowiekiem. Autorka, czerpiąc garściami z mitologii różnych kultur, buduje niekonwencjonalną, planetarną opowieść o rozedrganej współczesności.
Poetka, tłumaczka. Debiutowała w roku 2000 tomem poetyckim "Listopad nad Narwią", za który otrzymała nagrodę Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek. Autorka kilku zbiorów wierszy: "Bio" (2004), "Planeta rzeczy zagubionych" (2006), "Tlen" (2009) i "tuż-tuż" (2012), a także zbioru opowiadań "Poranek Marii" (2010) oraz powieści "Biała Ofelia" (2012). Laureatka wielu nagród, w tym austriackiej nagrody Huberta Burdy (2005). Adiunkt w Instytucie Anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Jej utwory zostały przełożone na 17 języków, w tym walijski, japoński i islandzki. Mieszka w Warszawie.
Tutaj chodzi o tropy, o synapsy, o ścieżki; przeprowadzanie ich przez siebie. W całej tej powieści chodzi o opowieść drogi. Ładnie jej to idzie. Niezgrabnie, czule przetacza się przez tkanki, zalesia fragmenty, buduje metafory ze śniegu (są sny, domy, duchy - jest zimno, dużo się tęskni). I tu jest nam blisko, z poziomu tych małych przeprowadzek. Językiem wydaje miły, perypatetyczny, nieokreślony rytm. Tylko jako całość to się dla mnie gdzieś urywa - bez zasięgu, bez wewnętrznego połączenia. Może to ta współczesność? Może skrawki? Może cały ten kryzys? Nie wiem. Jednocześnie "im dalej w las, tym lepiej" ma wydźwięk bardzo dosłowny - chodzi wyłącznie o ten skraj, o tę jedną nogą po drugiej stronie, po której wszystko się kończy, ale nic nie zostaje dokończone. Ważne jest opowiadanie o uchodźstwie, ważne o klimacie, egzystencjonalnie o człowieku i o znajdowaniu, kochaniu bycia kochaniem. Ważne jest też to, że to nieważne dokąd zmierza to wszystko. (To, co bardzo chciałabym wiedzieć, a nie wiem, bo minęło już 200 stron, a ja wciąż siedzę w głębi Puszczy i czekam, nasłuchuję płaczu, który wszystko mi dopowie).
Sączyłam tą książkę jak dobre wino. Fiedurczuk odważnie pisze o tym co się działo i być może nadal się dzieje na granicy polsko-białoruskiej. Jednak to powieść dotykająca wielu innych problemów, o których przeciętna osoba nie myśli na co dzień albo nawet o nich nie wie. Polecam wam bardzo tą powieść, w szczególności, że skłania ona do wielu refleksji.
strata czasu (nie wiem czemu męczyłam się z tą książką tyle czasu (nie tak dużo bo jest krótka i nawet jej nie skończyłam) kiedy nie podobała mi się już od początku? człowiek to głupi jest że od razu nie przyjdzie mu do głowy żeby przestać czytać jak się nie podoba............)
Przez całą książkę miałam mocne skojarzenia z Tokarczuk - zarówno z "Biegunami", jak i "Prowadź swój pług...". Nie jest tak dobra jak tamte, ma się wrażenie jakby autorka nie mogła się zdecydować, o czym ta książka ma być. Momentami całkiem się wyłączałam przy czytaniu i musiałam zawracać. Ale wątek uchodźczy doceniam.
Oj, na pewno nie spodoba się niektórym. A niektórym spodoba się bardzo. To eklektyczna opowieść, daleka od konwencjonalnego opowiadania i pewnie dlatego dość nieuchwytna, rozmyta, można tu pobłądzić. Ale to jest fajne błądzenie, można przystanąć nad jednym zdaniem i się zachwycić, można zatrzymać się nad akapitem i się przerazić, można spróbować pochwycić luźne wątki i je powiązać, pójść ścieżką, która ledwie gdzieś tam się zarysowała i dopisać w myślach własną opowieść. A tematyka? To, co dwadzieścia lat temu było właściwie niewyobrażalne - ludzie, umierający w przygranicznych lasach, zaszczuci, przerażeni, oszukani. Szukający lepszego świata, lepszego życia. Znajdujący śmierć w obcości. Do tego ekologia i antropocen, w połączeniu z ogromną wrażliwością na różnorodność w przyrodzie, tę odchodzącą, bo my, bo ludzie, bo korona stworzenia. I już wiadomo, dlaczego niektórym się tak książka wcale, a wcale nie spodoba.
gdy zaczynałam tę książkę, miałam nadzieję, że po jej przeczytaniu napiszę fajnie brzmiącą i wnikliwą recenzję, która będzie pasować do tonu tej powieści i w ogóle. ale nie mogę napisać ładnej recenzji, bo nadal średnio wiem, o czym ta książka jest (a specjalnie słuchałam jej na mniejszej prędkości niż zazwyczaj w przypadku audiobooków, żeby nic mi nie umknęło).
nie umknęły mi piękne zdania, refleksje dotyczące natury i człowieka, które doceniam, bo były bardzo ciekawe.
ale naprawdę nie potrafię powiedzieć, o czym czytałam. może rzeczywiście za mało się skupiłam, a może jednak to autorka chciała poruszyć za dużo wątków w tej małej powieści i żaden nie jest do końca rozwinięty. trochę było o katastrofie klimatycznej (porównanie do „Prowadź swój pług…” Tokarczuk bardzo trafne), trochę chyba o kryzysie uchodźczym, a także pojawił się wątek sytuacji na granicy z Białorusią. wiem, że piszę teraz o tym trochę ignorancko i lekceważąco, ale to wynik mojej lektury - te wątki właśnie w taki sposób wybrzmiewały, fragmentarycznie i bez kontekstu.
główna bohaterka, a zarazem narratorka, była okej, ale oprócz jej pięknych słów na temat otaczającego ją świata, to mało o niej wiem, o tym, kim naprawdę jest, jakie są motywy jej działania.
w zrozumieniu innych bohaterów nie pomagało to, że przyjaciółka narratorki miała na imię prawie tak samo jak jej pies.
ciężko mi ocenić tę książkę (a jednak dokonuję oceny haha), niewykluczone że kiedyś co niej wrócę, bo czuję, że może być w niej jakiś głębszy sens, którego nie wyłapałam tym razem.
Mam już dosyć pseudo-pisarstwa typu arystokarczuk, fragmentów definicji słownikowych, postaci nie charakterów, a typów i wielkiego patosu, który pod płaszczykiem snobizmu jest po prostu banalny. Poruszanie społecznie ważnych tematów, takich jak katastrofa klimatyczna, kryzys uchodźczy czy przemoc, to tylko preteksty do tego, aby powieść mogła się czymkolwiek jeszcze bronić, bo literacko jest kiepsko i zupełnie nieangażująco. Wyrosłam już z takich manieryzmów
Strasznie mi szkoda dawać tej książce trzy gwiazdki, bo są świetne fragmenty, przemyślenia, nawiązania… Ale oczywiście ocenia się całość. Trochę ta pozycja kojarzy mi się z Tokarczuk, a trochę z „W Drodze” Kerouaca, książką, którą jeśli dobrze pamiętam Dr Fiedorczuk krytykowała przecież na zajęciach 😉 Mimo wszystko na pewno sięgnę po kolejną książkę jej autorstwa, bo widzę tu dużo potencjału i podobała mi się jej poetycko-oniryczna stylistyka.
Zdecydowanie nie polecam tej książki w formie audiobooka - wątki zmieniają się tak szybko, że ciężko zorientować się czasami, w którym miejscu i czasie właśnie jesteśmy. Duży plus za wątek uchodźczy i ochrony przyrody w Ameryce Południowej. Minus za chaos, który pewnie miał być wielowątkowością i przeplataniem sie różnych historii, ale mnie przypominał bardziej losową zbieraninę tematów. Na pewno cześć tej książki przespałam, ale nie mam ochoty wracać i sprawdzać, których fragmentów brakuje mi w narracji...
Jakie to ładne i jakie to smutne. Nie umiem przypisać gwiazdek tej książce. Czyta się ją trochę jak poezję, czuję się ją również jak poezję. Pozornie bezładna mieszanka myśli i wspomnień. Boleśnie znajomych.
bardzo dobra książka o uchodźstwie i wchodźstwie, jedna z tych, które nie opisują, a wpisują — się w błoto, las i niebo, miasto i ciało, chłód i ciepło; wyobrażam sobie przebieg fabuły jako linię rysowaną palcem na skórze, która rozciąga się w nieskończoność i poddaje dotykowi wszystko, co kiedykolwiek się z nami złączyło
Zamysł ambitny, wykonanie letnie. Kilka dobrych pomysłów niezbyt zajmująco sklejonych. Wolałabym albo bardziej poeksplorować wątek relacji narratorki z Lou, niejasnej, sismantycznej relacji, albo wejść w głębszą interakcję z błąkającymi się po puszczy uchodźcami. Książka jest natomiast smakowita językowo, to wręcz proza poetycka, choć taka oszczędna, co działa na jej korzyść.
W moim przypadku była to „Dom Oriona” Julii Fiedorczuk, która jednocześnie rozpoczęła moją przygodę z twórczością autorki. I na pewno jej nie zakończyła, bo styl pisania oraz wrażliwość na ważne współcześnie tematy zapadną mi w pamięci na długi czas.
„Dom Oriona” w głównej mierze opiera się na historii Elizy – zagubionej reporterki z Warszawy, która przyjeżdża do Puszczy Białowieskiej w poszukiwaniu sensu życia. Na tych niespełna 200 stronach podróżuje ona przez Grecję, Meksyk aż do Polski w celu odnalezienia utraconej miłości. Narracja książki opiera się na luźnych wspomnieniach i przemyśleniach głównej bohaterki, a istotną rolę odgrywa w nich intymna relacja do przyrody. Fiedorczuk bardzo trafnie pokazuje ją na dwóch płaszczyznach: zachwytu nad pięknem i bezmiarem oraz lęku przed jej bezwzględnością i niebezpieczeństwem. Najważniejsze zaś wątki poruszone w „Domie Oriona” to: przyjaźń, dziennikarstwo, sytuacja na polskiej granicy z Białorusią (kryzys humanitarny), utracona tożsamość i walka o jej odnalezienie oraz kryzys klimatyczny. Tym, co obok relacji do przyrody najmocniej wybrzmiewa w tej książce, jest temat straty, ale niestety wątek Lou nie do końca mnie przekonał. Podobnie jak zakończenie historii i przedstawienie tematu sytuacji na granicy polsko-białoruskiej. Jak na 200 stron powieści jest tego sporo, ale żaden nie został odpowiednio wyczerpany.
Elementem, który podobał mi się najbardziej, jest język książki. Poetycki, z licznymi metaforami, ale na szczęście odpowiednio przeplatany elementami prozatorskimi. To wszystko buduje klimat całej opowieści, w który przy odpowiedniej uwadze bardzo szybko jesteśmy w stanie wejść.
Podsumowując: „Dom Oriona” jest książką przepięknie, wręcz hipnotyzująco napisana, ale moim zdaniem nie do końca dopieszczoną fabularnie.
Bardzo wyjątkowa, najbardziej "dziwna" książka, jaką kiedykolwiek czytałam. Zdecydowanie nie spodziewałam się takiej książki. Piękna, bardzo filozoficzna, wręcz trochę metafizyczna, mądra powieść drogi, powieść reportażowa. Jest napisana prostym językiem, a jednocześnie bardzo barwnym, plastycznym, trochę poetyckim stylem. Książka o przyjaźni, o dzieciństwie, o dorastaniu, o dojrzewaniu , o ludziach, którzy zmieniają nasze życie na zawsze, o przemijaniu, o kulturze, a przede wszystkim o przyrodzie, o relacji człowieka z naturą. Powieść o problemach współczesnego świata( np. o problemie migracji, o walce o ochronę przyrody), o zmieniającym się na naszych oczach świecie. To są takie historie w historii, ta książka to jest taka matrioszka. Początkowo możecie się czuć trochę zagubieni i skołowani właśnie ze względu na konstrukcję(strukturę) tej powieści. Ja z tą książką trochę "walczyłam", była to trudna przeprawa, zwłaszcza na początku, z czasem przyzwyczaiłam się do tej specyficznej konstrukcji i specyficznej narracji, cały czas jednak czułam podskórnie, że ta książka jest warta poświęcenia jej czasu, coś skłaniało mnie, żeby czytać dalej i nie żałuję. Bardzo poruszająca, filozoficzna, mądra, trochę smutna powieść. Najbardziej dotknęły mnie fragmenty o imigrantach, przemijaniu i przyrodzie. To jest bardzo "moja" książka, trafiła do mojej wrażliwości. Myślę, że to nie będzie powieść dla każdego, ale jest poruszająca i warta przeczytania. To jest wyjątkowo piękna, bardzo filozoficzna książka, która wymaga dużo skupienia, wytrwałości i czasu. Polecam Wam spróbować i nie zrażać się początkiem.
(czytane po Polsku ale opinia pisana po angielsku)
Read in Polish, reviewing in English. This was the first book I read in Polish in close to 15 years, and I cannot overstate how challenging that was. While it got easier as the book went on, I'm sure that that coloured my experience of it.
I'm a fan of "no plot just vibes" books, and this one hit the mark. The language choices were beautiful and I was awed by the haphazard descriptions of snowy fields by a forest, illegal border crossings, the night sky... This entire book felt like a meditation on our smallness and interconnectedness and inspired the same feeling of awe one gets when looking at the ocean or the night sky. It was also seeped in sorrow about powerlessness and the search of agency, with vignettes about teenage girls in small towns, young women traveling abroad, and refugees scrambling through an inhospitable forest towards a better life.
As a side note, this boom is what I expected from Olga Tokarczuk's Flights (Bieguni), a book I ended up DNFing. I'll try to find a Polish copy. I'd also like to return to Dom Oriona in a few years, as I continue reading in my native language - I have a feeling that I'll like this book even more when I'm older.
It feels weird to recommend this, as I'm not even sure if an English translation exists or is easily findable, and most of you don't speak Polish. But it's a great book it you're looking to lose yourself in sorrowful, meditative nostalgia. 3.75 stars on SG rounded up to 4 on GR.
Autorka posiada bardzo intrygujący styl i bardzo rozległą wiedzę ogólną, co w połączeniu tworzy fascynującą prozę. Jednak "Dom Oriona" nie spinał się w żadną spójną całość i już w połowie książki zaczęłam rozumieć, że jest to pewnego rodzaju trybut do formy, ale zdecydowanie nie treści. Autorka w podziękowaniach wspomina, że całkowicie przepisała fabułę po swoich doświadczeniach na granicy i choć czuję się niezręcznie pisząc to - niestety bardzo to widać i powieść nie wyszła na tym dobrze.
Choć z początku autorka zdaje się nakreślać fabułę w dwóch liniach czasowych to ostatecznie okazuje się, że pierwsza, ciekawsza, linia czasowa nie ma żadnego rozwiązania, zaś druga w mojej opinii wychodzi w odbiorze jak coś pokrewnego pewnej fetyszyzacji doświadczeń uchodźców z perspektywy osoby, która nigdy nie musiała nic podobnego pokroju doświadczyć. Po podziękowaniach wyraźnie widać, że nie taki był cel autorki, ale definitywnie pewnych doświadczeń nie powinno się do tego stopnia poetyzować, bo bardzo ciężko, jeśli w ogóle jest to możliwe, oddać w sposób autentyczny ładunek emocjonalny z nimi związany. I niestety tylko tak mogę opisać ponad połowę tej powieści.
Druga połowa niestety nie wyszła wiele lepiej. Styl był w niej znacznie lepiej pasujący do tematyki, stąd też moje główne zaintrygowanie piórem autorki. Niemniej jednak nie było żadnej konkluzji związanej z tą częścią powieści. Postać, która na początku była wykreowana jako ogniwo spajające historię ostatecznie okazała się bezsensownym narzędziem służącym jedynie do zawiązania akcji. A na dodatek pojawił się wątek, który mogę jedynie nazwać queer baitingiem. Może była to pozostałość oryginalnego pomysłu, może tak pokierowała autorką wena związana z jej mocno zdobionym stylem. Tak czy inaczej w odbiorze wątek ten był bardzo queer baitowy, i w wydaniu w jakim został nam zaserwowany, a także w szerszym kontekście wielkiego niedoboru safickich powieści na polskim rynku wydawniczym, po prostu zbędny.
Także ogólna przyjemność z czytania nie była dla mnie jakoś szczególna, odłożyłam te powieść na solidny tydzień i gdyby nie to, że miałam bodziec motywujący jakim był termin końcowy akcji czytaj.pl to nie wiem czy bym wróciła do tej pozycji.
Ocena chyba taka nie do końca obiektywna, bo - co tu ukrywać - uderzyła ta książka w moją wrażliwość. Eko-transcendencja, migracje, kryzys humanitarny na granicy. A wszystko to naszkicowane w gwiazdozbiór pozornie niezwiązanych, ale koniec końców łączących się historii.
Język jest tu chyba najciekawszy - poetycko-metaforyczny i mięsisto-przyrodniczo-społeczny zarazem. Bardzo dobrze utrafiający konkret, kiedy ów jest potrzebny (choćby do opisu kryzysu humanitarnego), oraz sugestywność i abstrakcję, gdy ta sama wykwita z poszczególnych zdań. Myślę, że jest to książka w wielu passusach do zachwycania się - ale też do złoszczenia, smucenia i przestraszania.
Ale parę rzeczy mi nie grało. Fragmentaryczność, "łatwość" zakończenia, które toczy się już po torach rozpędzone i traci rozbujaną zmienność całości. Porzucone wątki, powtykane jakby na siłę i już chyba zanadto dosłowne. No i nie jestem przekonana do głównej ramy, która niby spaja opowieść, ale która moim zdaniem mogłaby zostać w trakcie prac usunięta, albo jakoś przenicowana. Bo postać Lou wydaje mi się cały czas trochę schematyczna, wyidealizowana, rozbuchana w swojej "wyjątkowości" - do stopnia, który w pewnym momencie zaczyna już męczyć.
Oceniam mimo to wysoko, bo skłamałabym, gdybym powiedziała, że mnie ta książka nie poruszyła.
Gdyby spadające gwiazdy faktycznie spełniały życzenia i dana mi była kariera pisarska, to chciałabym pisać choć w połowie tak dobrze, jak robi to Julia Fiedorczuk. Jej styl całkowicie trafia w moją wrażliwość, o czym przekonałam się już przy jej poprzedniej powieści.
O ile "Pod słońcem" charakteryzowało się dość liniową fabułą, w której można było obserwować losy bohaterów, o tyle "Dom Oriona" ma dość luźną konstrukcję złożoną ze wspomnień i przemyśleń głównej bohaterki. Ogromną rolę w historii Elizy odgrywa przyroda, która może być zachwycająca i fascynująca, ale również niebezpieczna i bezwzględna. Autorka wielokrotnie prezentuje złożoną, intymną relację człowieka z naturą.
W najnowszej powieści Julia Fiedorczuk łączy kilka wątków – przyjaźń, pracę reporterską, okrutny los uchodźców na wschodniej granicy. Jednym z głównych motywów wybrzmiewających w tej narracji jest strata. Strata najbliższej przyjaciółki, pokrewnej duszy, stabilności i bezpiecznej przystani w życiu, ale też samotność wynikająca z braku energii do tworzenia nowych relacji.
"Dom Oriona" to bardzo kameralna opowieść o przeżywaniu wewnętrznego kryzysu i poszukiwaniu siebie w wędrówce – tej dosłownej i tej metaforycznej. Myślę, że jest to jedna z tych powieści, w których ważniejsze od przyswojenia i zrozumienia fabuły, jest wczucie się w klimat opowieści.
nie spodziewałam się, że ta historia będzie tak dobrze napisanym… rozczarowaniem. nie mogę odmówić trafności obserwacjom dotyczących tego, jak efemeryczne potrafią być ludzkie relacje, jak jednocześnie podatni i bezbronni jesteśmy wobec niespodziewanej zmienności naszych warunków życiowych, materialnych czy społecznych. zaskoczyła mnie czułość i wrażliwość języka - niemniej, bardzo przeszkadzał mi chaos przykładów i bohaterów, którzy pomagali w zobrazowaniu tych zagadnień. miałam wrażenie, jakby ta powieść powstała ze szkicownika bardzo luźno (a momentami wręcz wcale) połączonych ze sobą zdarzeń i dopiero na finalnym etapie próbowano je jakoś ze sobą posklejać, ogrywając to metaforą, otaczającą człowieka naturą i poruszeniem problemu załamania nerwowego. najbardziej smuci mnie ten niewykorzystany potencjał - zwłaszcza, jeśli chodzi o wątek sytuacji dot. polsko-białoruskiej granicy, kryzysu klimatycznego i uchodźczego. niewykorzystany na tyle, że ociera się o marginalizację, byle nieco „podbić” moc cierpienia głównej bohaterki. do połowy byłam zachwycona, później to całkowicie przepadło.